„Właściwie chodzi wyłącznie o to, żeby nie poddać się zmęczeniu.”*

Ostatnio ciężko jest mi mówić i pisać o bieganiu, bo to tylko sport, tylko zawody, a jak wiemy, w naszym kraju pozwala się umierać ludziom, zamiast ratować im życie, cofając historię o 60 lat…

W życiu, tak jak podczas biegu najważniejsi są ludzie, i choćbyśmy nie wiem jak byli zmęczeni pierwszym, drugim, tudzież tymi trzecimi, nigdy nie można ustawać w dawaniu z siebie jak najwięcej.

W ostatnich tygodniach wystartowałam w dwóch biegach kontrolnych, aby sprawdzić się na dłuższych dystansach. Bez takich wypadów, planowanie maratonu nie ma sensu, a i często może się zdarzyć, że trzeba zmienić nieco plany. Uświadomiłam to sobie po raz kolejny, gdy wybrałam się do Szczecinka na tamtejszy dziesięciokilometrowy bieg uliczny im. Winanda Osińskiego. Dobrze, że nie jakiegoś zmarłego prezydenta, który ze sportem nie miał nic wspólnego, ale oczywiście to nie oznacza, ze elementy ideologiczne nie miały miejsca.

W tym małym miasteczku wysiadłam przed szóstą rano, co oznacza, że z Poznania wyjechałam przed czwartą oraz, że wstawałam o drugiej w nocy niczym na jakiś bieg ultra… Oczywiście zaplanowałam, że pójdę wcześniej spać, już po południu w sobotę, ale właściwie udało mi się zasnąć około 11-tej bo ciągle stawały pod oknem jakieś pojazdy na włączonym silniku… O co chodzi tym kierowcom, smród i hałas niesamowity, a oni nie mogą zgasić tego samochodu czy tam motoru? W Poznaniu nawet policja tak robi, a ulice, ścieżki rowerowe i piesze, wszystko to jeden wielki parking…

W każdym razie, po 3 godzinach snu, około 2 godzinach jazdy śmierdzącym pociągiem, czekałam 3 godziny, aby po ponad 2 latach znów zmierzyć się z dystansem 10 km. Wszystko miałam rozplanowane jak w zegarku, niczym Jacques Anquetil… Po zakończonej rozgrzewce udałam się na linię startu, gdzie dowiedziałam się, że bieg rozpocznie się 20 minut później, bo część zawodników jeszcze odbiera pakiety. Było to dla mnie niesamowite, bo gdybym wiedziała, że na wszystkich poczekają, wyjechałabym z Poznania o 6, a tak bałam się, że będę na knap i jeśli pociąg się trochę spóźni, zwyczajnie nie zdążę. Dodam, że o 7 rano nie było dużej kolejki i każdy mógł zaplanować odebranie pakietu zaraz po otwarciu biura zawodów właśnie o tej porze.

W końcu wystartowaliśmy, biegłam za dziewczyną, która mówiła na starcie, ze pobiegnie tak na 41 minut. Czułam się dość dobrze, starałam się nie myśleć o tym, jaka jestem zmęczona, nie dopuszczać tej myśli. Na około 5. kilometrze znajdował się punkt z wodą, której po raz pierwszy nie udało mi się chwycić. To był raptem jeden stolik więc, więc nie było możliwości ponownej próby.

Bardzo się cieszę, że tę pierwszą piątkę pobiegłam w 19:47, co jest moim rekordem życiowym. Nigdy wcześniej nie uzyskałam na zawodach takiego czasu, nawet gdy była to już meta. Tutaj czekała mnie jeszcze jedna piątka, robiło się coraz cieplej, a ja nie popiłam tej wody. Skończyłam zawody z wynikiem 40:40, co również jest moim rekordem na 10K, aczkolwiek już nigdy się nie dowiemy, jaki byłby to wynik gdyby: 1. zawody rozpoczęły się o czasie, 2. gdybym była wyspana, 3. gdybym chwyciła wodę. No trudno 🙂

A Ty, jak finiszujesz po życiówkę? Zdjęcie od Datasport

Tak się nakręciłam tego dnia, że jak w końcu wysiadłam ze znów śmierdzącego pociągu, w którym nie tylko ludzie nie mieli masek, ale jakieś małżeństwo „kolarzy”, którzy siedzieli na przeciwko, przez dwie godziny obalili jedno wino i kilka piw, a konduktorka udawała, że nic nie widzi, pojechałam jeszcze rowerem na basen 🙂

W następny weekend wybrałam się do Wałbrzycha na półmaraton… Co prawda czytałam, że będą podbiegi, ale nie wiedziałam, że aż takie długie, hihi. Właściwie byłam już zajechana dzień wcześniej próbując cokolwiek tam odnaleźć i dostać się po numer startowy. Gdy zobaczyłam te drogi, wiedziałam, że trzeba będzie pobiec wolniej niż planowałam. Generalnie na samym biegu trudno było cokolwiek kontrolować, na zbiegach moja prędkość wynosiła ponad 18 km/h a na podbiegach spadała nawet poniżej dwunastu. Jedyne o czym myślałam: „trzeba cisnąć do przodu”. Dało to końcowy wynik 1:34:12 choć oczywiście zrobiłam jakieś nadliczbowe 300 metrów, bo w tym samym czasie odbywał się nie tylko bieg na 10K ale i bieg kobiet (chyba 5 kaemów). Niestety większość pań szła na spacer i to czwórkami, więc trzeba było z daleka krzyczeć, aby łaskawie kogoś przepuściły i omijać je slalomem. Przyznam, że nie bardzo lubię specjalne imprezy dla kobiet i ciągłe podkreślanie kobiecości. Walczyłyśmy o to, aby biegać z mężczyznami, i choć dobrze, że są odrębne klasyfikacje, bo przecież mamy inną fizjologię, to takie gadanie na prawo i lewo że jest się kobietą, niczego nie wnosi i raczej jest denerwujące. Zresztą odkąd przeprowadziłam się do Poznania często widzę osobę, która na czymś podobnym oparła swoją działalność w internecie, a jak ją pozdrowiłam kilka razy na treningu, tak jak to czynię widząc każdą biegaczkę po raz pierwszy, to niczym muma bez reakcji pobiegła dalej z tym swoim „własnym” (? myślę, że jednak małżeństwo nie może być rozpatrywane w kategorii posiadania…) mężem. Jak drugi raz nie odpowiedzieli, to zwyczajnie zaczęłam ich ignorować. Nie lubię fejkowych ludzi, dla których liczy się tylko reklama, klepanie, buziaki z organizatorami aby ich promowali. Tak naprawdę tylko zniechęcają do sportu i wolałabym nie startować z nimi w żadnych zawodach. Sama staram się być tą samą osobą w życiu prywatnym, zawodowym oraz w internecie, nie kalkulując, co mi się opłaca, a co nie. W dodatku do wszystkiego doszłam własną pracą i wyuczonymi umiejętnościami a nie znajomościami, które są tak bardzo ważne w Poznaniu i całej Polsce.

Na dworzec w Wałbrzychu wracałam z taką sympatyczną Elką ze Zgorzelca, która specjalizuje się w tych biegach górskich (była raptem jak połowa mnie). Już ledwo szłam, tym bardziej, że nie załapałam się na jedzenie (pewnie i tak było z lepkiem), a była istna pompa z nieba i za plecami trzaskały nam pioruny. Tuż przed samym dworcem Elka zwątpiła, czy przejedziemy przez ulicę, którą właściwie płynęły opady niczym rzeka, jednak mój strach przed burzą wygrał z jej obawami i jakoś przedostałyśmy się do budynku, gdzie ludzie oczekiwali na spóźnione pociągi… Wszystko miałyśmy mokre więc myślałam, że po tym wyjeździe będę chora. Skończyło się raptem na niesamowitym zmęczeniu przez kolejne dwa tygodnie…

Oczywiście cieszę się z moich wyników, tym bardziej, że jeszcze w czerwcu nie byłam pewna czy wrócę do pełnej sprawności. Choć po mocniejszych akcentach nadal odczuwam ból związany z wypadkiem sprzed roku, na pewno tak łatwo się nie poddam. Najbardziej raduje, iż osiągnęłam wszystko dzięki własnej pracy, że nie musiałam za nikim biegać, aby zrobić postęp. Wiem, że muszę jeszcze ugłaskać formę na maraton, który nie pozostawia litości. Ostatnio jest coraz trudniej zmusić się do ciężkich jednostek. Zaczęłam nawet biegać z muzyką, aby mnie motywowała, bo trening to jedyny czas, gdy jest to dozwolone. Mam nadzieję, że coś dobrego z tego wyniknie 🙂

Pozdrawiam wszystkich miło i sympatycznie!

„Le strade son deserte
Deserte e silenziose…”

*”Nigdy nie dopuścić do braku zainteresowania, do obojętności, nigdy nie zagubić swej bezcennej ciekawości, bo wtedy człowiek sam sobie pozwala umrzeć.”

(T. Jansson, Podróż z małym bagażem)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s