„Nieśmiertelnik, żółty październik…”*

Nadszedł czas, aby podsumować półmaraton. Nie lubię pisać „na gorąco” (tak samo jak mówić w emocjach), tym bardziej, że zazwyczaj jestem tak zmęczona, że trudno jest mi wysiedzieć przed komputerem. Tak samo było i tym razem, może nawet trudniej. Zacznijmy o tego, że nie wystartowałam w żadnym maratonie. Mam zastrzeżenia co do mojej wydolności, organizm tak jakby nie chce współpracować. Postanowiłam sobie, że jeśli nie pobiegnę połówki poniżej 1:30, to nie ma co… Ponieważ w Wałbrzychu trudno było myśleć o jakimś rekordzie, już bez jakiejś większej wyprawy pobiegłam w Poznaniu. Ale wygoda biegać w mieście zamieszkania, prawda…?

Tutaj dodam, że pobiegłam właśnie ze względu na wygodę, jako zawadzające w śmiesznej polityce i układzikach mieszkanka tego nieogarniętego miasta. Choć sam pomysł obowiązku okazania certyfikatu szczepienia uważam za udany, ponieważ zwyczajnie społeczeństwo nie potrafi sobie poradzić z taką prostą czynnością jak szczepienie, to mam zastrzeżenia co do innych aktywności organizatora. Choćby tych związanych z promowaniem swoich znajomych w mediach społecznościowych oraz przez wątpliwej profesjonalności spikera. Pamiętam jak nawet w Dniu Matki na profilu FB składali życzenia urodzinowe swojej znajomej, która uważa, że wypowiada się w imieniu „wszystkich” kobiet, co jest zwyczajnym wkurzającym kłamstwem i szczytem bezczelności, bo jak sobie nie życzę, aby mówiła w moim, więc niech zmieni klasyfikator. Na jakiejś śmiesznej amatorskiej imprezie mówiła nawet, że zmobilizowała „milion” kobiet do biegania, co oznacza tylko tyle, że nawet nie wie ile to ten jej „milijon”;) Gdyby organizator poznańskiego maratonu miał w sobie choć trochę taktu i profesjonalizmu, napisałby, że w Dniu Matki składa życzenia wszystkim mamą, szczególnie tym biegającym, które mimo nadmiaru obowiązku, często biorą wózek i pchają go przed sobą aby zrobić trening. Ale tak to już jest gdy ktoś sam dostał pracę po znajomości, nie musząc udowadniać żadnych hard, ani soft skillsów. Zresztą w Poznaniu jest to bardzo popularne, szczególnie w instytucjach użyteczności publicznej, od szczebla rządowego, po lokalny. Nie raziłoby to tak, gdyby to była prywatna impreza, ale przecież POSiR jest sponsorowany z budżetu miasta, czyli z Państwa i moich pieniędzy. A ja nie chcę sponsorować reklamy jakichś lokalnych narcyzów, którzy mają obsesję na swoim punkcie. Zaburzenie narcystyczne to bardzo poważna i groźna choroba, nie tylko dla jednostki i jej bliskich, ale i dla całego społeczeństwa…

Mimo to nie uważam, że cała dyskusja na temat obowiązku szczepienia, była nie na miejscu. Mam wrażenie, że ludzie nie wiedzą, co piszą… Czy naprawdę ktoś jest tak głupi, że wierzy, iż cała pandemia została wymyślona przez firmy farmaceutyczne? Poza tym luzie dostają te szczepionki za darmo, niektórzy myślą, że zmieni im się po tym DNA, oczywiście mimo zapewnień, że nie. Czasem by im się coś tam naprawiło… Oczywiście źródłem największej dezinformacji i szerzenia bzdur są Episkopat Polski, który nigdy niczego się nie uczył, i nie przeprowadzał żadnych badań, oraz czołowi politycy. To żałosne, że żyjemy w kraju, którym największy idiota może zostać prezydentem, ministrem edukacji, arcybiskupem czy doktorem prawa.

Szkoda też, że na samych MTP ludzie nie nosili maseczek… Wystawcy na targach, a później dziwili się, że nikt się nie zatrzymuje przy tych stanowiskach, ani sami biegacze… Otóż, czy to tak trudno zrozumieć, że szczepionka chroni przed ciężkim przebiegiem COVID-u, ale nie przed rozprzestrzenianiem i przenoszeniem go? Chyba tak, skoro w Poznaniu nie da się wejść do galerii czy sklepów, bo wszędzie są ludzie z rozdziawionymi paszczami, tak samo w komunikacji miejskiej, a poznańska policja nic z tym nie robi, bo sami musieliby czasem czegoś przestrzegać.

Wracając do biegu, właściwie od początku września biegało mi się fatalnie, nic nie wychodziło, drugie zakresy, ani długie wybiegania. Trenowałam więc z obciążeniem, lub zamiast ciągłych 12 km, robiłam 2 easy 6-5-4+ 2 easy lub 5-4-3 lub same dwójki, różne kombinacje, ale i tak najtrudniejsze okazały się tysiączki na tydzień przed półmaratonem. Co by się nie działo, tysiączki zawsze są najtrudniejsze, eh… W dodatku cały czas biegałam w butach startowych, bo mają największą amortyzację, oraz leginsach kompresyjnych, gdyż bolały mnie zarówno mięśnie, jak i stawy.

Startowałam z wielką niewiadomą w głowie, ale oczywiście bardzo chciałam pobiec poniżej 1:30. Zaplanowałam więc, że pierwsze trzy piątki będę pokonywała po około 21 minut, później trasa robiła się coraz trudniejsza, więc zakładałam, że zacznę tracić. W sumie to nawet się to w miarę udało, choć pierwszą piątkę pobiegłam minimalnie za szybko. Po 15. kilometrze zaczynały się mniejsze lub większe podbiegi, odparzyła mi się prawa stopa, choć często tak się dzieje, gdy biegam na bieżni mechanicznej, więc jestem przyzwyczajona i pomyślałam, że skoro jeszcze zające na 1:30 mnie nie wyprzedziły, to może wytrzymam, utrzymując się przed nimi do ostatniego kilometra i jak tam mnie złapią, to nadal jeszcze będę miała życiówkę. Wówczas oczywiście biegłoby się fatalnie. W sumie jeszcze na podbiegu na Solnej dość dobrze się czułam, tam też na górze stał świetny zespół muzyczny, więc dobrze się biegło. Natomiast pod Roosvelta było już bardzo ciężko, myślałam, że wszystko stracę. Na szczęście byli tam też moi Rodzice, którzy wspierali mnie emocjonalnie i technicznie (byliśmy umówieni tylko w okolicach 11 kaema, fajnie, że pomyśleli aby jeszcze tam mnie wypatrywać).

Na koniec kolejna „niespodzianka” w postaci jaskrawego dywanu, nie mogłam spojrzeć pod nogi, bo zwyczajnie oślepiał, więc miałam tylko nadzieję, że jest na tyle równo położony, że się nie wywalę, no i udało się 1:29:19 a więc szybciej niż zakładałam. Oczywiście fajnie byłoby przebiec cały dystans tym samym tempem, nie wiem jak ludzie to robią, ja zawsze szarpię, ale tak jakby profil trasy też wymusił takie a nie inne tempo, poza tym, no przyznam się, że bardzo byłam zmęczona, już zaraz za linią mety musiałam sobie przysiąść. P.S. Dziękuję jakiemuś Panu, który podszedł i zapytał się, czy wszystko ok., no ja zawsze na zawodach biegnę na maksa. Na koniec byłam 20. kobietą w tak dużym półmaratonie, więc bardzo się z tego cieszę. Oczywiście serdecznie gratuluję zwycięzcom oraz Karolinie Nadolskiej wspaniałego rekordu Polski, która swoją postawą pokazuje, że biegaczka nie musi być głupiutką paniusią pstrykającą sobie ciągle zdjęcia.

Super by było, gdyby ogólny wzrost popularności bieganie miał jakieś odzwierciedlenie w ilości samochodów na mieście czy ogólnej jakości powietrza. Btw. dzięki każdemu, kto postanowił spalać śmieci, gdy akurat biegliśmy i za regularne podtruwanie mieszkańców miasta.

To wykres mojego tętna podczas biegu…

Najlepszy był oczywiście darmowy masaż, a młodzi ludzie, którzy go wykonywali byli bardzo profesjonalni i sympatyczni, w dodatku nosili maseczki. Dziękuję także wolontariuszom na trasie, za wodę (choć bardzo trudno jest się napić z tych kubeczków), oraz doping. Gdy wróciłam do domu, wypiłam bardzo dużo gorzkiej herbaty, uporałam się z praniem i zasnęłam jak kamień. Właściwie jeszcze w niedzielę chciało mi się spać.

Cały tydzień byłam jakoś zmęczona, a zapisałam się na te leśne piątki City Trail nad Rusałką. Fatalnie mi się biegło już od pierwszego kilometra i było coraz gorzej, tak, że na trzecim chciałam zejść z trasy. Myślę sobie, w sumie co się stanie… Ale szkoda mi było zachodu, mówię sobie: nie masz wytrzymałości, ćwicz chociaż głowę! Pobiegłam wolniej niż pierwszą piątkę na półmaratonie i około minuty gorzej niż mój rekord życiowy na 5K (z asfaltu, ale biegu na 10K), co i tak dało mi najlepszy czas jaki uzyskałam podczas rusałkowych biegów. Czasem warto wytrwać do końca. Oczywiście musiałam się odezwać stojąc w kolejce po numer startowy, bo jakiś facet ustawił się z zapalonym papierosem. Poinformowałam go, że to są zawody sportowe i nie przyszyliśmy się tam zatruć. On na to jedynie coś tam sobie burknął, więc dziękuję pani za mną, która mnie poparła i dopiero wówczas poczuł, że może coś jest nie tak.

Oprócz tych piątek, póki co jeszcze w jesiennej scenerii, nie wiem czy uda mi się coś więcej nabiegać. Dobrze, że nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć… 🙂

* Czesław Niemen, Wspomnienie, Uwielbiam tę piosenkę, niezmiennie od lat…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s