„Nigdy nie jest się zupełnie wolnym, jeśli się kogoś za bardzo podziwia.”*

W czasach zamkniętych na uwagi i krytykę pewnie mało kto tęskni za moimi wpisami… Tworzę je na bieżąco, nie zastanawiam się dniami, co tu napisać. To znaczy czasem się zastanawiam, ale jak jednocześnie nie piszę, to zazwyczaj już tego nie napiszę… bo później przychodzą nowe myśli, a jest ich wiele. Stąd też tak wiele literówek, o które w tej formie tak łatwo. Ostatnio czytałam kilka wpisów i dopiero zaczęłam coś-niecoś tam poprawiać. Nie jest to książka, dzieło literackie ani nawet jakieś pismo, nie oddaję też tego do skorygowania. W takiej formie, zostawiając tekst na czas, aż będzie mi się chciało do niego wrócić i poprawić, blog straciłby swoją wartość jaką jest świeżość.

Co prawda chcę dziś nawiązać do półmaratonu z 8 października, ale świeżość polega tu na tych przemyśleniach po czasie, bo tak wiele przecież się wydarzyło. Jak niektórzy wiedzą, poprawiłam rekord życiowy o 2 sekundy. To bardzo mało i jednocześnie dużo. Choć oczywiście trasa w Szamotułach była łatwiejsza niż ta w Poznaniu gdzie pobiegłam o dwie sekundy wolniej, nie było jakichś tam długich podbiegów, najtrudniejszy to chyba ten do mety. Oczywiście szkoda mi, że nie wyprzedziłam dwóch zawodniczek zaraz przede mną, bo zmieniałyśmy się na trasie, ale nie byłam jeszcze aż tak przygotowana aby odeprzeć ich atak w końcowej części biegu. Poza tym nie miałam odpowiednich butów, te są mi nieco za małe, a w sporym jak na październik słońcu zwyczajnie odparzyły mi podeszwę stopy, co dość dotkliwie czułam po 16. kilometrze.

Zeszły weekend wykorzystałam na kibicowanie maratończykom bo wiem, jak to miło gdy ktoś nas rozumie, jak się męczymy. Jednak głównie skupiłam się na tym, że amatorzy  (i amatorki :D) też powinni być poddawani kontroli dopingowej. Osobiście nie wierzę, że ktoś (tym bardziej przy stosunkowo niewielkiej masie mięśniowej) „na czysto” biega co miesiąc (albo i nawet częściej!) cały maraton w granicach rekordu życiowego. Jasne jest, że robi to dla nagród, które zgarnia, natomiast trzeba nie mieć pojęcia o sporcie aby w to wierzyć.

Zresztą nawet nie zachwycam się ostatnio wyśrubowanymi światowymi rekordami czasowymi. Jak wiecie, po aferze Armstronga nie wierzę w nadludzi. Osobiście uważam, że każdy człowiek pod wieloma względami ma swoje granice, których ani sam nie może przekroczyć, ani nie mogą tego zrobić inni za niego!!!

Oczywiste jest, że sami organizatorzy biegów napędzają doping, w wielu krajach są haczyki w regulaminach, że jak nie osiągnie się jakiegoś tam jakiegoś czasu to nagrody będą pomniejszone o 50% lub nie zostaną wypłacone wcale. Mam wrażanie, że osoby, które to ustalają w życiu niczego nie trenowały. Dziwię się też dziennikarzom. Ostatnio na jednym z bardziej znanych polskich portali przeczytałam, że zwyciężczyni Maratonu Warszawskiego z takim czasem miałaby złoto tegorocznych Mistrzostw Świata… No ludzie, tylko nieco inne warunki panowały wówczas w Warszawie niż w Doha… Biegnie się tak, jak na to pozwala trasa, warunki atmosferyczne, aktualna forma no i jeszcze do tego dochodzi czasem nieszczęsna dyspozycja dnia… Dlatego ta cała pisanina i gadanina wokół biegania, gadka szmatka o czasach i rekordach nie ma sensu. Słuchałam też wywiadu z jednym z czołowych maratończyków, który mówił, że „świat potrzebuje jego rekordu”. Elegancko przyznam, że jakoś obejdę się bez, tak jak miliony innych ludzi…

Tak więc nie czasy, miejsca i rekordy się liczą. W bieganiu jak w jodze, liczy się droga jaką przeszedłeś podczas przygotowań, to jak zmieniło cię to jako człowieka, na ile stałeś się bardziej ludzkim.

*”Wszystko trzeba odkryć samemu. I również przejść przez to zupełnie samemu.”

T. Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków oraz tejże, Zima Muminków.

„Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.”*

Uwielbiam jesień, kojarzy mi się z nową nadzieją, nowymi początkami. Pamiętam jak jeszcze chodziłam do szkoły, zawsze miałam nadzieję, że ten rok będzie cudowny, nauczę się niesamowitych rzeczy, poznam wspaniałych ludzi. Nigdy się tego nie doczekałam, ale lubiłam wracać ze szkoły i udawać, ze teraz ja nauczam. W ciepłym wrześniowym słońcu, kreśliłam kredą na ustawionych na podwórku tablicach, czemu z większą lub mniejszą ciekawością przyglądał się mój pies. Zdarzało się też, że koleżanki miały lepszą fazę i zostawałyśmy godzinami po lekcjach aby skakać na splecionej z linek do prania przez moją mamę skakance. Była tak długa i solidna, że cała klasa mogła skakać na raz. To kilka takich miłych wspomnień jakie mam.

Teraz cieszę się, że skończyły się upały. Zdecydowanie wolę biegać nawet w deszczu, niż w palącym słońcu. Bardzo powoli buduję formę, dokładnie nie wiem na co, jeśli się uda, chciałabym pobiec coś w listopadzie/grudniu. Najpierw trzeba się przygotować, a dopiero później zapisać na zawody. Poza tym ma dosyć startowania w biegach organizowanych przez amatorów, chcących się na tym tylko wzbogacić, którzy nie mają zielonego pojęcia o trudach treningów.

Na pewno trzeba jeszcze wiele zarówno zmienić, a to co jest, dopracować. Staram się większą wagę przywiązywać do jakości treningów, niż do ilości klepanych kilometrów. Tych drugich jednak jest zdecydowanie za mało. Przede wszystkim muszę zmienić otoczenie. Poznań jest miastem zdecydowanie nieprzyjaznym biegaczom i człowiekowi pod każdym względem, out- & indoorowym. Zawsze wszystkim przeszkadzamy na siłowni, chodniku, czekając na zielone światło. Na siłowni ciężko pracownikom zrozumieć że ktoś przychodzi trenować, a nie przeglądać telefon, w dodatku miasto nie potrafiło przeprowadzić z powodzeniem nawet jednego dnia bez samochodów, które ciągle próbują nas rozjechać. Cieszę się, że nie pobiegnę tu już w żadnym biegu oraz, że nie sprzedaję mojego życia osobistego aby dostać pakiet czy zbierać lajki. Bardzo trudno było mi dojść do formy sprzed przerwy w życiorysie, teraz może jestem mniej zuchwała i mniej pewna siebie, bardziej szczera i bezpośrednia, ale za to wyczuwam frajerstwo i chamstwo na odległość. Może brzmi to negatywnie, ale zdecydowanie za dużo jest ludzi udających w internecie, że wszystko jest ładnie i pięknie. Nie można wiecznie tworzyć fejkowej rzeczywistości, ale należy zacząć nazywać rzeczy po imieniu.

 

 

„Lato wydawało się nagle tak dalekie, jakby go nigdy nie było, drogi od dom do domu wydłużyły się i każdy siedział schowany u siebie.”

(T. Jansson, Dolina Muminków w listopadzie.)

„Kocham granice. Sierpień jest granicą między latem a jesienią; to najpiękniejszy miesiąc, jaki znam.”*

Po dłuższej przerwie chciałabym zamieścić wpis podsumowujący moje starty w sezonie letnim. Nie było ich dużo, bo raptem trzy po wiosennym półmaratonie. Ponieważ emocje już nieco opadły, skupię się głównie na organizacji.

Pierwsze to badzo średnie wykonanie dziesiątki, tradycyjnie już w Swarzędzu, jednak w ogromnym upale. Przyznam, że zapisując się, nie zauważyłam godziny startu, który przypadł na godzinę 11… Organizując bieg w czerwcu, nie jest to rozsądne rozwiązanie. Do ostatniej chwili chowałam się pod jakimś drzewem i polewałam cała wodą. Na pierwszą piątkę starczyło, później już upał zaczął mi doskwierać. Wzięłam też te waflowe buty z półmaratonu, które były super w wilgotnych warunkach, natomiast tutaj stopy mi się zagotowały. W  dodatku po raz pierwszy i ostatni wzięłam inne skarpetki niż CEPy… (Fatalna nazwa, ale jakościowo póki co uważam je za najlepsze –  nie zapłacili mi za reklamę ani nie przesłali za darmo skarpetek, a szkoda, bo kosztują 200 zł…)

Ponieważ czułam, że forma idzie w górę, postanowiłam sprawdzić się na dystansie maratońskim. Taki znalazłam najbliżej w Szczecinie. Wydawało mi się, że wszystko mam dopracowane, oprócz jednego, nie znałam trasy. Organizatorzy mieli spore problemy z tym punktem ale caly hejt w internecie uważam za niesłuszny. To nie ich wina, że nie dostali pozwolenia od miasta na przeprowadzenie biegu po asfalcie. Jedynie pierwsze może 15 km z pobliskich Polic po nim prowadziło, później ścieżka rowerowa, która niestety ale była tak naprawdę chodnikiem… więc mimo, że biegła z górki, moje buty (tym razem wzięłam najbardziej przewiewne jakie miałam, aczkolwiek mało startowe) zwyczajnie się ślizgały, bo było na nim dużo piachu. Około dwudziestego któregoś kilometra wbiegliśmy do lasu, i tam zaczęła się prawdziwa hopsasanka. Krążyliśmy tam do końca, zaczęliśmy się dublować, a ja nawet nie wiedziałam do ostatnich 100 metrów gdzie jest meta. 3 razy ktoś pokazał mi drogę, ze 20 razy pytałam się gdzie mam biec itd. Zegarek rozładował mi się na 32. kaemie (już w życiu nie kupię TomToma), a tam kilometry były oznaczone jakoś co 5. Myślałam, ze oszaleję, nerwy mi nieco puściły w końcówce, straciłam na to sporo siły. W każdym razie byłam 5. kobietą i stanęłam za pudłem, choć wolałabym na. Mimo wszystko uważam, że organizatorzy dali z siebie wszystko aby mimo trudności bieg jednak się odbył. Poza tym był super bufet na mecie, bo zamiast makaronu był ryż z gulaszem albo zupa, dzięki czemu wszsytko bez lepku i mleka, o co gdzie indziej trudno. Poza tym duuużo owocków 🙂

65860507_2349087025350545_7941073649002348544_n

Dziękuję za fotkę

Na koniec miałam nadzieję superkompensację pomaratońską. Zaczęłam biegać bardzo dobrze długie zakresy, nawet 15 kaemów. Po 4 tygodniach wybrałam się na 10,5 kaema do Chrzypska, jednak całkowicie poskładałam ten bieg. Już dawno nic tak źle nie biegłam. Nie wiem dlaczego, może za szybko ruszyłam, bo początek był z górki a ja nie miałam zegarka (ładował się całą noc, a rano okazało się, że bateria jest pusta… Kupiłam go niecały rok temu, masakra). Oczywiście ten bieg też mógł się odbyć wcześniej, zaczynanie biegu w lipcu o 10-tej też nie jest najlepsze. Co mnie jednak poirytowało to fakt, że zapowiadano losowanie atrakcyjnych nagród, było ich naprawdę mnóstwo. Czekaliśmy na to 3h, a po kilkudziesięciu numerach spiker zaczął się nudzic i spieszyć, więc postanowił, że zamiast podchodzić po nagrody, zainteresowani mają przynieść nr startowe na scenę i tak będzie losował. Nic wcześniej nie wsponiał o takiej formie losowania, ani nie było do tego żadnego regulaminu. Miałam nr startowy w samochodzie, ponad kilometr od tej sceny. Mówię mu, że mam przy sobie potwierdzenie numeru tylko w smsie, który od nich dostałam oraz dowód osobisty. On natomiast postanowił kontynuować swój pomysł mając głęboko w czterech literach, że jest to nie w porządku wobec mnie. Ważne, że sam zgarnął kasę za gadanie do mikrofonu i reklamowanie swoich znajmych. Nawet napisałam do organizatora w tej sprawie ale nawet nie pomyśleli aby przeprosić lub przynać się do błędu, wręcz wykroczenia, bo kto organizuje loterię bez regulaminu? Ale to już ich problem i sponsorów, którzy się tam reklamowali. Na pewno tam już nigdy nie pojadę i wszyscy będą zadowoleni. Szkoda tylko, że wcześniej mi nie powiedzieli, że nie mam przyjeżdzać w tym roku.

Natomiast cieszę się, że w końcu jest sierpień, ten miesiąc zawsze przynosi mi nadzieję.

*”Zmierzch jest granicą między dniem i nocą, a brzeg jest granicą pomiędzy morzem a lądem. Granica jest tęsknotą: kiedy oboje są zakochani, ale wciąż nie wypowiedzieli ani słowa. Granicą jest bycie w drodze.” (T. Jansson)

„Kiedy człowiek (…) zda się na jakiś inny system, świat nabiera trójwymiarowości i elastyczności.”*

Tak naprawdę ma być to spóźniona nieco relacja z Poznańskiego Półmaratonu. Na pewno w niej jakoś nawiążę to tytułu 😉

Jestem teraz po dwóch tygodniach regeneracji aktywnej. Tzn. nie byłam na żadnym roztrenowaniu, po prostu biegałam i ćwiczyłam rekreacyjnie. Początkowo miałam biec przecież maraton ale póki co staram się nic nie planować, jedynie jakieś spontaniczne biegi. Chcę się zająć budowaniem formy na jesień (no i wyleczeniem kręgosłupa). Oczywiście mega zazdroszczę wszystkim, którzy biegną maratony, kocham ten dystans. Jednak postanowiłam, że nie wystartuję na nim, dopóki nie będę pewna formy. A nie jestem, bo na mnie dobrze wpływa jak trenuję trochę wyżej nad poziomem morza albo  choć na pagórkach. Powyżej 1500 m.n.p.m. nawet nigdy nie byłam, pewnie byłyby tego niesamowite efekty. Muszę coś takiego zaplanować ale dla amatora nie jest to prosta sprawa.

Myślę też, że gdybym trenowała przez pół roku tak jak na miesiąć przed półmaratonem (musiałabym przez sześć miesięcy nie chorować), wynik byłby jeszcze lepszy (pomijając niesprzyjające warunki naturalne, smog, samochody, które chcą mnie rozjechać). Oczywiscie bardzo się cieszę, że poprawiłam rekord życiowy o minutę i sześć sekund. Na chyba najtrudniejszej trasie, na jakiej kiedykolowiek biegałam półmaraton, a było ich kilkadziesiąt…

Mało kto wie, że pierwszą połówkę biegłam także w Poznaniu, wówczas startowaliśmy jeszcze z Malty, w 2011 roku, którą ukończyłam w czasie 2h11’20”. Cieszę się, że po ośmiu latach zajęło mi to już „tylko” 1h31’46”. Jest to nadal amatorski czas i byłam dopiero gdzieś 32. kobietą, ale i tak się cieszę. W dodatku zajęłam 3. miejsce w kategorii absolwentek UAM, więc w końcu i dyplom na coś się przydał. Nigdy nie zapomnę mojej obrony, powtarzałam sobie wówczas mantrę „nie odzywaj się, nie komentuj, nie ubliżaj nikomu, nie mów co myślisz, nie śmiej się z nikogo, bierz co dają i uciekaj”. Polecam jak Wam recenzent (-ka) będzie trzaskała info z Wikipedii i będzie córką jakiegoś profesora, to w tym kraju nie ma co walczyć z taką osobą. Dziś bym nie dała rady, bo mówię, co myślę, gdyż pozostało już niewiele rzeczy, na których mi zależy.

Jaka jest jednak mantra na bieg? Każdy musi w sobie coś takiego znaleźć, najczęściej będzie to coś wyćwiczone na ciężkich treningach. Po to one są, nie tylko aby przygotować mięśnie, ale także i głowę. Trzeba mieć jakiś mobilizator, który po tysiączku sprawi, że go powtórzysz. I tak jeszcze z 6 razy. To bardzo dużo, to jeden z najgorszych treningów… Nie, gorsze są ciągłe w drugim zakresie. To one, raczej ich niedobór, sprawiają, że tak wolno robię postępy. No i oczywiście brak treningu na wysokości. Wiem, miałam się przeprowadzić, ale nie jest to łatwe. Czasem czuję się jak ta mała czarownica z japońskiego filmu anime, znacie Kiki?

Wracając do półmaratonu, co było takiego trudnego? Mimo wszystko chyba pierwsze 5 kilometrów, bo choć nogi były mega lekkie, to sporo nerwów i przepychanek kosztowało biegnięcie w tak dużej grupie na 1:30. Szkoda, że organizatorzy są tak nastawieni na sukces międzynarodowy, że odbywa się to kosztem zwykłych biegaczy i uniemożliwia im osiąganie lepszych rezultatów. Jakby moje bieganie było mniej ważne od biegania elity…

Dziwiłam się też, że zajączka biegnie tak wolno, z górki 13,7 km/h, widocznie jest dobrą biegaczką górską i wiedziała, że będzie w stanie później przyspieszyć. Ja nie,  więc chciałam się z tej grupy wydostać, ale nie było takiej opcji. Naparwdę byłam poobijana zanim mnie jakoś wypuszczono i mogłam nieco przyspieszyć. Wiedziałam, że na podbiegach później tego nie nadrobię ale to jakby była już musztarda po obiedzie. Może mogłam się ustawić gdzieś wyżej ale też nie chciałam za szybko zacząć. Takie szarpane tempo sprawiło, że przez kilometr skręcałam się od kolki. Doświadczenie jednak mówiło, że jest szansa, aby ona minęła.

Przed 14. kaemem dosięgnął mnie spory kryzys, węglowodany z napoju aż tak szybko nie dotarły. Musiałam pogodzić się z tym, że nie złamię 1:30 i biec tak, aby w ogóle to ukończyć. Było to trudne, ponieważ na bardzo długim podbiegu na Drodze Dębińskiej naprawdę wiele osób, które wcześniej biegły przede mną, stawało lub szło. Trzeba było też przyjąć wiatr na klatę. Tam już każdy pokonywał trasę sam. Nie wiem już dziś co wówczas myślałam, chyba jak zwykle o tym, że ustawiłam moją ekipę na trasie i aby ich wysiłek nie poszedł na marne nie mogę się poddać. To właśnie ten moment, kiedy muszę spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, nie swojej, „zdać się na jakiś inny system”. Dziękuję tutaj jak zawsze mojej rodzinie. Bez nich musiałabym brać żele, które jakoś mi nie służą i popijać je surową kranówką. (To kolejny minus tego biegu, trzecim jest jescze brak osobnej klasyfikacji dla Polaków oraz jakichś konkretnych nagórd w kategoriach wiekowych czy regionalnych, ale wybieram biegi tutaj, bo nie wymagają jakiejś wielkiej wyprawy). Pierwszy raz pokonałam tak długi dystans na zawodach (wcześniej ćwiczyłam to na treningach) popijając tyko przed biegiem i na 6. kaemie napój izotoniczny, a na 13. i 20. hipotoniczny.

Udostępniam, wykres  stref tętna z zegarka (trzeba przełączyć bo pokazuje się prędkość. Nie wiem co to za zwolnienie na 11. kaemie, to chyba był moment, że ktoś przede mnie wbiegł i musiałam zwolnić żeby na człowieka nie wbiegnąć, zaklnęłam i ominęłam gościa. Zegarek rozgrzał się dopiero po jakichś 500 metrach). Co prawda, zdażało mi się wcześniej biec nawet cały półmaraton w strefie max, ale nie przyniosło to wówczs rekordu. Jednak strefa wydajności jest bezpieczniejsza i jak wydać, bardziej efektywna. 

IMG_0213Dziękuję Grzegorz Wiczewski – fotografia sportowa za zdjęcie.

*Uważam, że to bardzo ważne podejście do życia”

H. Murakami, Zawód: powieściopisarz, przeł. A. Zielińska-Elliott

„Języki żyją. Ludzie też żyją”*

Brak wpisów w ostatnim czasie był spowodowany wieloma czynnikami. Otóż, 10 marca startowałam na 10 km, co było startem bardzo nieudanym. W tygodniu przed zawodami okazało się, że muszę podjąć leczenie zęba, co przełożyło się także na ilość treningów a raczej ich brak. Fakt, że pobiegłam poniżej moich oczekiwań sprawił tylko, że nakręciłam się na intensywną pracę w przyszłych. Bardzo mobilizuje mnie świadomość, że za dwa tygodnie, jak nic złego się nie przytrafi, startuję w poznańskim półmaratonie. Bardzo się też tego boję, bo naprawdę dużo siły i czasu poświęciłam na przygotowania i będzie mi bardzo szkoda, jak nawalę.

W ostatnich tygodniach stwierdziłam nawet, że kilka treningów w ciągu dnia sprawia mi ogromną frajdę, o ile oczywiście jestem w stanie się zregenerować, i że mogłabym być zawodowym biegaczem. Różnica polega tylko na tym, że nikt mi za to nie płaci, a w dodatku nie mam jakiegoś wrodzonego talentu do tego biegania. To znaczy, ktoś powie, że mój talent to jest to, że chce mi się trenować. Tak, ale chciałabym też widzieć tego efekty jak grzyby po deszczu, natomiast póki co, szukanie z lupą nie pomoże.

Jedyne czego żałuję to fakt, że gdy więcej trenuję, mniej czytam. Powód jest taki, że zwyczajnie strasznie chce mi się spać i po przewróceniu kilku stron, zwyczajnie padam. Bieganie stało się dla mnie tym, czym kiedyś były książki, drugim światem. Choć nie jestem takim czytelnikiem, który połyka wszystko. Nawet za bardzo nie lubię powieści, a fantastyki wręcz nie cierpię. Mówię tu o reporatażach i książkach historycznych, naukowych, uwielbiam je, choć czyta się to wolno, czasem trudno. Co do tego ostatniego, jak już kiedyś wspomniałam, najbardziej cenię sobie książki, które rzeczy trudne opisują w sposób prosty. Jest taka tendencja w nauce do pisania tak, aby nikt tego nie zrozumiał. Wówczas można dosłownie klepać głupoty, a mimo to każdy będzie pod wrażeniem tego słownictwa. Natomiast nauka nie istnieje sama dla siebie, ma za zadanie służyć ludziom. Książka naukowa jest jakąś formą komunikacji i im dla większego kręgu odbiorców będzie dostępna, tym lepiej.


Przechodzę do rozpisek:

Tydzień 11.-17. marca 2019

pon. 5 km walk+srt. (techn.+zjazd)+5Kwalk+joga(core strength)

wt. 5w+srt+5w + 10Keasyrun+joga (ręce)

śr. 5+srt+5+bieżnia mech.(2,5+2+1,5+1)+sauna

czw. 5+srt+5+bieżnia mech.(2Krozgrz.+3,5+3+2K)+sauna

pt. 5+srt+5+bieżnia mech. + 5K w 22′ +10x500m (16-16,4km/h)+2×400 (16,4-17,1km/h)+350 (17,1-17,7km/h)

so. solanka

nd. 20km cross


Tydzień 18.-24.03.2019

pon. 5w+srt+ 1,5w+steper 20min.+siłka:szyneczki, czwórki (wypychanie), brzuszki (w tym z piłką lek.), wypady nóg z obciążeniem 2,5kg + skrzynia + sauna + 5Kw

wt. 5w+srt+10100m na b.mech w 43 min.+sauna+5Kw+10Kcross(135-155bmp)+ćwicz. na macie

śr. bieg regeneracyjny 15K

cz. 5w+srt+5w

pt. 13Kw+srt+10Kcorss+solanka

so. 15K cross+8Kw+3+2+1 na b.mech.

nd. 15K cross


Tydzień 25-31.03.2019

pon. 10Kw+srt.+b.mech(1,5km pod górkę 14km/h 0.5%-4%)+4x600m 4-6% + płasko: 3000(14,1-14,4 km/h)+2500(14,4-15km/h)+2000(15-15,4km/h)+ćwicz. wzm.(brzuch, nogi)+50min. zajęć CORE;

wt. 8K walk+10200m w 42’30”+4x500m+50′ ćwicz. na zdr. kręgosłup+pilates

śr. (dentysta… i) 15km walk+1 km na b. mech. walk pod górkę 10%+ 4×1200 do 3% nachylenia max po 15-16km/h;

cz. 8km walk+skakanka, rolowanie wstępne+5K w 21’30”+3x2K (14,6-15km/h)+1km BNP15-16km/h + rolowanie + rozciąganie+ ćwicz. na macie (przerwa) + ćwicz. (nogi, core)+ ćwicz. na siłce (nogi, brzuch, plecy, klata, ręce) + skrzynia 🙂

pt. 5K walk+15K biegu regener. +solanka

so. 20K cross + 2K (14,1-14,3 km/h)+1800m (14,3-15,1km/h)+1600m (15,1-15,7km/h)+1400 (15,7-15,9km/h) +8Kwalk+rolka, skakanka, ćwicz. na macie i z obciążeniem;

nd. 23K corss

*”Ponieważ żywy człowiek stara się posługiwać żywym językiem, ten proces musi być elastyczny. I język, i człowiek muszą się swobodnie poruszać i znaleźć najbardziej efektywną wspólną płaszczyznę.”

H. Murakami, Zawód: powieściopisarz, przeł. A. Zielińska-Elliott

„Jestem znacznie bardziej przyzwyczajony do przegrywania.”*

Właśnie te słowa towarzyszyły mi przez cały cykl biegów na leśną piątkę. W pierwszym z nich, we wrześniu…, udało mi się nieco przypadkowo wygrać klasyfikację wiekową, mówię nieco, bo życiówka była i gdybym utrzymała taką formę przez kolejne miesiące, mogłabym walczyć o to miejsce do końca. Wówczas spowodowane było to takimi czynnikami jak: 1) forma podmaratońska oraz 2) powrót z niewielkich, ale jednak gór czy też wzgórz palestyńskich.

Po kilku miesiącach spadku formy, borykania się z uszkodzeniem kręgosłupa oraz chorobami dróg oddechowych, odnotowałam w końcu wzrost formy, choć nie na tyle aby bić rekordy (jeszcze). Co prawda, jestem nieco wymęczona treningami, ale troszkę jest też jest to ostatni moment żeby wydusić z siebie co się da.

W tym tygodniu zrobię niestety mniej kilometrów ze względu na niedzielną dyszkę. Trudno wpleść starty kontrolne w przygotowania maratońskie. Nie można sobie odpuścić treningów, a jednak trochę wytchnienia przed startem jest potrzebne. Natomiast bieg ciągły w 2.-3. zakresie jest bardzo trudny do wykonania samemu, dlatego wolę wystartować w zawodach, nawet jeśli nie przyniesie to wymarzonego wyniku (poniżej 42 minut).

Dodam, że po raz kolejny zaimponowała mi Etiopka Ruti Aga, niesamowita jest ta dziewczyna. Udawadnia też, że nie trzeba być długonogą, skrajnie wychudzoną biegaczką, aby startować w maratonie i w dodatku wygrywać. Mam wrażenie, że ona nie biega, tylko frunie. Cudowna jest!


Tydzień 25.02.-04.03.22019

poniedziałek -> 13 km easy po błocie + ćwiczenia na macie

wtorek -> 5,5 easy (nadal po błocie) + rozgrzewaka + 2000 + 1600 + 1200 + 800 + 400 + trucht do domu -> R: 17 km + ćwicz.

środa -> 17,5 km cross w tym podbiegi: 10×100 metrów + 5x250m

czwartek -> 12 km biegu regeneracyjnego + solanka

piątek -> ćwiczenia na macie

sobota -> rozgrzewka + start w biegu na 5K cross w minimalnym zakładanym tempie 14km/h (w sumie dwa oczka wyszły 21:21) + rozluźnienie + stadion: 5x350m (trucht w przerwach) + rozciąganie, nawodnienie +10x150m (trucht w przerwach) + powrót do domu -> R:17km

niedziela -> 30 km w terenie crossowym (wsparcie-> 0,5 litra napoju hipotonicznego, który testuję przed dłuższymi biegami; żadne żele mi nie służą, łapie mnie po nich kolka, więc mam zamiar popijać tylko te napoje na treningach i podczas startów)

„Ja mam inne tempo i inaczej odbieram czas.”

H. Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Przeł. J. Polak

„Kiedy ktoś, kto na sto procent powinien mnie zrozumieć, nie robi tego, idę pobiegać trochę dłużej niż zwykle.”*

Trochę tak jest, że czasem aby się rozładować, musimy pobiegać więcej. Coś o tym wiem. Dawno nie było wpisu o bieganiu, ale co tu pisać, gdy człowiek jest na przykład chory. Ostatnie pół roku było dość przeplatane różnymi następstwami tego świństwa, które mamy w powietrzu, choćby dlatego, że ktoś musi się grzać w samochodzie albo jeszcze gorzej, spala śmieci, drewno i węgiel. Zauważyłam nawet, że w Poznaniu nie ma warunków do trenowania, na chodnikach stoją zaparkowane samochody albo leżą psie odchody, a nad Rusałką, która jest jednym z najlepszych terenów rekreacyjnych, jest jakaś wielka spalarnia, którą ciągle smrodzi. Nawet zgłaszałam to więcej niż raz straży miejskiej, gdzie teoretycznie powinnam dostać powiadomienie o interwencji w ciągu 3 dni, ale ani be ani me z ich strony. Prezydent miasta, też nie jest zainteresowany rozmową z takim zwykłym mieszkańcem, bo przecież nie pracuję dla radia, gazety czy telewizji. W dodatku, nad Rusałką, gdzie i taki jest konflikt między pieszymi z psami, biegaczami a szalonymi roweżystami, dookoła są odchody końskie, które są 10 razy większe niż psie, i tego też nikt nie sprząta. Widocznie jeźdźcy nie potrafią sobie wyobrazić jak będzie wyglądał rowerek dziecka, które przyszło tam aktywnie spędzić czas z rodzicami.

Od dziś mam jednak numer startowy na 12. Poznań Półmaraton – 6984 😦 No nic, zawsze mówię, że to nie jest ważne, że pobiegłabym z numerem tysiąc pięćset sto dziewięćset. Ale jednak wygladałby lepiej, prawda… Liczy się tylko przygotowanie i bieg docelowy.

Było to dla mnie bardzo ważne aby tu znowu pobiec, bo przede wszystkim od jakiegoś czasu jestem poznanianką, a poza tym, to właśnie PP był pierwszym biegiem ulicznym, w który wzięłam udział.

Teraz trzeba się wziąć w garść, choć moje przygotowania pozostawiają wiele do życzenia. Tak jak wspomniałam, tygodnie intensywnych treningów były przeplatane tygodniami spędzonymi w domu, często w bezruchu. Poniżej zestawienie dwóch tygodni, z czego pierwszy był wdrożeniem do aktywności, bo moja wydolność została bardzo osłabiona, a w drugim skoncentrowałam się aby codziennie wykonać dłuższy bieg, co prawie się udało. W sumie sporo kilometrów, najpierw chodzonych bo wiem, że czego nie nachodzę, to późnej nie nabiegam. Z czego liczę tylko kilometry, które wykonałam w drodze na trening lub z powrotem a nie związane z codziennymi obowiązkami.

Na szczęście mam wszystko w kalendarzu, który dostałam, oczywiście z Muminkami. Powiem Wam, że odkąd piszę ten blog, to ludzie przy różnych okazjach dają mi jakieś upominki z Muminkami. Ogólnie jest to bardzo miłe, aczkolwiek najbardziej lubię te cytaty z tych opowiadań, których sporo nazaznaczałam. Natomiast postacie bajkowe, może i sympatyczne i zabawne, ale jakoś mnie nie fascynują. Teraz muszę coś tam notować. Wcześniej też miałam kalendarze ale zazwyczaj albo były puste, albo robiłam w nich zwykłe notatki do pracy. Tak więc nie spełniały swojej kalendarzowej funkcji. Wkrótce wiecej wpisów na innych blogach ale ostatnio zebrało się sporo pisania więc blogi musiały poczekać 🙂


Tydzień 11.-17.02.2019 (zrobiłabym zdjęcie z kalendarza żeby tego nie przepisywać, ale mam straszny styl odręczny od kiedy musiałam ogarnąć 5. system pisma. Tzn. w tych pozostałych piszę jakoś lepiej, tylko w łacince i po chińsku tak gryzmolę a to dlatego, że najwięcej się w nich napisałam):

pon. 5 km walk+srt. (technika+med. –  ciągle mam problem z końcem kręgosłupa) = 5 km walk + 11 km bieg + 1 km walk + ćwicz. na macie

wt. 12 km cross easy + siłka outdoor

śr. 5 km walk+srt. (technika+med.) + 4 km walk + siłka indoor – 5 km BNP na bieżni mech. + 4 km walk

czw. 4 km walk + 10 km BNP na b.m. + siłka + 4 km walk + solanka

pt. 5 km walk + srt. (technika+med.) + 4 km walk + 10 km BNP + 4 km walk

so. 4 km walk + siłka: bm: 2km+2+4x600m+3x500m+3x400m (w jakichś tam kosmicznych prędkościach) + 4 km walk + solanka

nd. 19 km bieg + 4 km walk + siłka + 4 km walk


Tydzień 18.-24.02.2019

pon. – 10 km biegu regeneracyjnego

wt. – 15 km biegu po lesie + 4 km walk + 1h siłka + 4 km walk

śr. – 12 km cross b. wolny w tym 4 przebieżki po plaży +  siłka outdoor + solanka

czw. wolne – powrócił ostry kaszel na jeden dzień, pewnie po tych przebieżkach bez butów po mokrym nieco i zimnym piasku…

pt. – 14 km cross

so. – 10 km biegu b. wolnego (właściwie nie miałam siły biec, ale potrzebowałam dotlenienia a nie miałam czasu aby spacerować)

nd. – 25 km cross po lesie 🙂 i ćwiczenia na macie


*”A jednym z rezultatów biegania trochę dalej niż zwykle jest to, że staję się o ten nadliczbowy kawałek silniejszy.”

H. Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Przeł. J. Polak

„To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów”*

Wpis, który ku zdziwieniu wielu nie nawiązuje do Muminków piszę w trudnym momencie. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale generalnie w życiu tak jest, że mamy momenty o różnych stopniach trudności. Pisanie mnie uspokaja, jest niczyczym cudowny lek na każą chorobę.

Właśnie kończy się moja grypa, właściwie co miesiąc jestem chora, co niszczy moje przygotowania. Chyba stres źle wpływa na mój układ odpornościowy.

Jeszcze na początku zeszłego tygodnia wykonałam bardzo mocne treningi, licząc trening uzupełniający, to nawet 3 dziennie 5-6 godzin męczarni poszło w las.

Natomiast zmiana lektury spowodowana jest faktem, iż kończą mi się dobre cytaty z Muminków, oraz tym, że w tym roku skończę 33 lata, jak to określa Murakami „ten wiek to być może życiowe rozstaje.” Póki co straciłam tylko wiarę w ludzi, w uczciwość i przyzwoitość jako taką, szkoda, że zajęło mi to tak długo.

Pisałam niedawno na jednym z blogów, że wiele mnie łączy z Murakamim. Faktycznie tak jest, że lubimy pisać, biegać i słuchać jazzu. Ale więcej nas dzieli. Mam tu na myśli choćby samo myślenie o samotności. Nie tylko on, ale i wiele osób pisze o czymś takim jak samotność długodystansowca, czy pisarza. Uważam, że jest spora różnica między tym, że ktoś wychodzi sam pobiegać, tudzież zamyka się na kilka godzin aby napisać coś w spokoju a tym, że ktoś wychodzi pobiegać sam, bo nie ma innego wyboru, żeby nie zwariować. I tym, że ktoś pisze, bo nie ma co zrobić z tym co ma do powiedzenia, że nie ma kto go wysłuchać i do kogo się odezwać. To te czynniki uczyniły mnie tym kim jestem, i nie był to wybór.

*”Emocjonalne rany są ceną, którą się płaci za bycie niezależnym.”

(Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Z ang. przeł. Jędrzej Polak.)

„Buka jest jak deszcz, jak ciemność albo jak kamień, który trzeba obejść, żeby móc iść dalej.”*

Kolejny tydzień przygotowań za mną. No może nie cały, no i jeszcze dziś trzeba będzie wzmocnić nogi. Będzie to trudne zadanie, bo do wykonania w domu. Smog nie pozwala na aktywność na zewnątrz. Dobrze, że cały tydzień udało mi się walczyć o dodatkowe kilometry w zimnym wietrze o każdy trening, dziś, nie ma wiatru, jest więc smog. Niektórzy właśnie tego najbardziej się boją, buki, a więc gdy jest zimno i ciemno, z drugiej,  nawet jak wyjdzie słońce, to wieje jakieś arktyczne powietrze. Mnie to nie zatrzymuje, choć biegając wczoraj dwójki, odczuwałam dość mocno spadek tempa na nieosłoniętym odcinku bieżni, z 15 km/h do 12,5 nawet.

W normalnych krajach ludzie protestują przeciwko truciźnie w powietrzu (mówię normalni, nie o Francuzach, którzy zamiast wyciągnąć rower, wolą walczyć o niższe ceny benzyny). U nas, dopóki nie użyje się słowa „aborcja”, ludzie są niewzruszeni i na ulicę nie wyjdą, wyszli bronić sądów, chyba nie wiedzą jak one od środka funkcjonują…

Nie wiem jak Wy, ale ja mam dosyć nieudolnych polityków, przechodzących z jednej partii do drugiej, „z rąk do rąk, z rąk do rąk…”. Jak ktoś wpisuje słowo „aborcja” w programie wyborczym, to tak jakby sobie napisał na czole „nie mam nic do powiedenia ani zaproponowania”.

Z drugiej storny jak może nadal chcieć startować w wyborach ktoś, kto kompletnie się skompromitował na wszystkich najwyższych stanowiskach w kraju i Europie, nie robiąc nic dla ludzi, ciągnąc tylko kasę? No jak? Najbardziej mi żal tych, którzy zachwycają się tymi politykami. Czy kiedyś doczekamy się kogoś tak mądrego i ludzkiego jak premier Nowej Zelandii? Bardzo nam wszystkim tego życzę.


Tydzień 25.11-01.12 – było to tak („bociana dziobał szpak…”):

niedziela – najlepsza, bo wolna 🙂

poniedziałek – 20 km cross + ćwiczenia

wtorek – 6 km marszu + ćwiczenia

środa – 18 km w tym 3x 250 skip A + 10×100 metrów podbiegu;

czwartek – 15 km cross + ćwiczenia

piątek – 2 km esasy + rozgrzewka + 3x2000m w b. silnym wietrze 12,5-19km/h + 2 km easy + solanka + ćwiczenia (głównie brzuch)

sobota – ćwiczenia (głównie nogi)

*”- Nie należy rozmawiać z Buką. Lepiej nie mówić ani do niej, ani o niej, bo może zrobić się jeszcze większa i zacznie kogoś gonić.”

T. Jansson, Tatuś Muminka i morze. Przeł. Teresa Chłapowska

„Są rzeczy, na których można całkowicie polegać, na przykład prądy morskie, pory roku i wschody słońca.”*

Z wielu powodów codziennie nie biegałam, nie wykonałam zamierzonego treningu. Głównym był fakt, iż zaraz po tym, jak w końcu przestało mnie boleć kolano po maratonie, zahaczyłam o kamień i znów je obiłam i musiałam je oszczędzać. Myślę, że jednak wyjdzie to na dobre z uwagi, iż moja sprawność mechaniczna jeszcze nie jest wystarczająca, tzn. nadal odczuwam ból na końcu kręgosłupa, podczas nadmiernych ćwiczeń ale i siedzenia. Mam nadzieję, że wkrótce uda się zwięszyć objętość, poprawić szybkość. W marcu mam nadzieję pobiec dzisiątkę i półmaraton, wówczas się okaże, czy warto jechać gdzieś na 42 kilometry.

Póki co jestem powolna jak ślimak, właściwie coraz gorzej biegam piątki ale też akurat bardzo źle się czułam w dniu zawodów. Potwierdza to na przykład tętno. Gdy we wrześniu ustanawiałam życiówkę, miałam ponad 190 bpm na minutę. Wczoraj było mi słabo już po pierwszym kilometrze, a tętno nie bardzo przekraczało 110 bpm nawet na finiszu, właściwie przez większość trasy było poniżej setki. Normalnie takie tętno mam idąc na spacer…

Bardziej martwił mnie fakt, iż od piątku utrzymuje się bardzo duży smog, a o tym nikt nie mówił. Sama poszłam na zawody w masce anty-smogowej, zdjęłam ją przed samym biegiem, bo nieco mi przeszkadza, ale już na powrót do domu znów ją założyłam. Szkoda, że organizatorzy biegów ani sami biegacze nie zwracają na to uwagi, wiele osób przyjechało samochodami, każdy swoim, mimo iż pod prawie sam obiekt sportowy można podjechać tramwajem… W ten sposób, nigdy nie pozbędziemy sie tej szarej chmury nad miastem. Program antysmogowy w żaden sposób nie funkcjonuje i okazał się kiełbasą wyborczą. Kilka dni gdy nie było smogu, zawdzięczamy jedynie silnym podmuchom wiatru oraz opadom deszczu, które mam nadzieję, że wkrótce znów nadejdą. Jednak człowiek może liczyć jedynie na przyrodę, ludzie zawsze nas oszukają.


Tygodnie 
4-24.11.2018

4.11 -> 2 km easy +4x800m + 2km easy (miał to być dzień wolny od biegania, jednak wolę bieżnię od kanapy)

5. 11 -> 15 km na średnio 70-75% HRmax

6.11 -> 13 km na 70-75% + 2 km na 85% + 2 km easy

7.11 -> 3km na 75 %+ 3×1200 max. (po 800 w przerwach)+800max.+ 2 km easy

8,9,10. 11.nie mogłam biegać ze względu na podróż i chorobę lokomocyjną, która poskładała

11.11 – jeszcze mi wirowało w głowie ale tak chciałam wyjść pobiegać, że wyszłam i się przewróciłam na kamienie, obiłam kolana i łokcie…

12.11 – miałam zaległości w bieganiu, mimo bólu udało się zrobić 20 km po lesie średnio 70% HRmax

13.11 – 2 km E+ rozgrzewka + 3x1600m (13-17 km/h)+1200max+ 2 E

14.11 – wolne

15.11 – 10 km (miało być na 75% ale byłam tak zmęczona, że przy wolnym biegu ciągle było ponad 90%)

16.11 – 10 km na 60% HRmax

17.11 – wolne – smog i ból w kolanie

18.11 –  smog – chciałam już biegać, ze względu na kolano i smog, wybrałam jednak nowy zestaw ćwiczeń wzmacniających, które mogę wykonywać w domu. Zobaczymy jak się przełożą na bieganie.

19.11 – biegało się całkiem dobrze, mimo zimna i wiatru cross 13 km na 75% HRmax

20.11 – cross 15 km na 70 % HRmax

21.11- wolne+ćwiczenia wzmacniające

22.11 – 2 km easy + rozgrzewka +1700m (14-15,5km/h)+1300m(13,5-15,5 km/h to był zdecydnowanie najsłabszy odcinek i zwyczajnie nie dałam rady pobiec jeszcze jednego okrążenia) +800m (13,8-17km/h) +400m (14,7-20km/h)

23.11 – wolne – kilka ćwiczeń wzmacniających 

24.11 – fatalna piątka, czyli najsłabszy w tym sezonie start na 5 km…

 

*A także to, że latarnie morskie zawsze działają.”

T. Jansson, Tatuś Muminka i morze. Przeł. Teresa Chłapowska