Blog

„Nisko nad morzem migały krótkie, zmienne światła błyskawic, zapalały się i gasły, i znów się zapalały.”*

Na początku, widząc, że niektórzy się niecierpliwią, zapraszam na nowy blog tutaj 🙂 Czasem się zastanawiam, kim jest osoba, która ciągle czyta ten sam post, starałam się w nim coś znaleźć, przy okazji poprawiłam coś niecoś, ale oprócz piosenki nic mnie tam nie grzeje, ani nie ziębi… Można oczywiście napisać komentarz…

Przechodząc do konkretu, wielu młodych ludzi zastanawia się w tym czasie, co to dalej będzie. Jest to czas wyboru kierunku studiów, drogi życiowej. Wiem, że są osoby, które nadal nie rozumieją, że jeden wybór nie determinuje naszej przyszłości. Zdanie zawsze można zmienić a każde decyzje, bardziej lub mniej trafne są tylko nowym doświadczeniem. Oczywiście znam osoby, które całe życie przesiedziały na jednym miejscu i żyją tylko plotkami, wyimaginowanym obrazem innych.

W dodatku zbiegło się to z ostatnimi wydarzeniami ze świata tenisowego, kiedy Noemi Osaka wycofała się z turnieju ze względu na zdrowie. Okazało się po raz kolejny, że wiele osób nie ma żadnego pojęcia na temat psychologii, zdrowia psychicznego, a były to także osoby ze świta sportu, które uważam, że powinny zostać natychmiastowo zwolnione ze swoich stanowisk.

Dziś chciałabym się z Wami podzielić takim dość osobistym wpisem aby pokazać, że to, skąd pochodzimy w żaden sposób nie wyznacza dokąd zmierzamy.

Nie każdy wie, że pochodzę z Wronek. Wydaje się, że to nieźle położone miejsce gdzieś w Puszczy Noteckiej. Jak nietrudno się domyśleć, że w takiej małej miejscowości panuje toksyczna atmosfera. Doświadczałam tego od dziecka, zawsze budziłam jakieś emocje w ludziach, o których nawet więcej nie myślałam. Już w przedszkolu prześladowała mnie córka tamtejszej higienistki, no nie mogła się ode mnie odczepić, nie wiem czy dlatego, że nie bawiłam się w te jej gówienka tylko sobie rysowałam, no więc kiedy mogłam, uciekałam do grupy mojej siostry lub zostawałam z babcią ❤ w domu.

W podstawówce kolejnym powodem stał się fakt, że moja mama uczyła tam matematyki. Nieważne, że nie mieliśmy z nią lekcji, wszyscy uważali, że mam z tego powodu łatwiej, dokuczała mi nawet historyczka-plastyczka, choć sama była córką dyrektorki. Organizowano jakieś eventy, gdzie zamknięto dzieci nauczycieli w szatni a później miały wyjść na płytę boiska i wszyscy się na nas gapili. Faktycznie super, przednia zabawa. Zdradzę Wam też w czym tkwił sekret, otóż moja mama faktycznie bardzo dobrze tłumaczy matematykę, pewnie tak samo tłumaczyła to swoim uczniom, tylko jeszcze po każdym tłumaczeniu musiałam wyliczyć wszystkie możliwe zadania w temacie, stąd zapamiętywałam, o co w tym wszystkich chodziło i myślę, że generalnie po to są ćwiczenia z każdej dyscypliny… To tak jak w bieganiu, nie wystarczy powiedzieć: – zrób tysiączki! Po nich będziesz szybciej biegał…”. Jak się ich nie wykona, to ta wiedza nie wystarczy…

Byliśmy pierwszym rocznikiem, który szedł do gimnazjum, w którym zgromadzone były wszystkie osoby z miasta i okolic urodzone w ’86, rocznik Czarnobyla, a więc eksperymentalny… Nienawiść mojej klasy przybrała apogeum, „koleżanki” przestały ze mną rozmawiać a po zajęciach obowiązkowych nawet mi mówiły, że nie muszę z nimi zostawać lub machały do mnie środkowym palcem. Jak próbowałam na przerwach poznać osoby z innych klas, one wołały je szybko i mówiły coś, cały czas na mnie patrząc, po czym tamte zaczęły nie unikać. Myślę, że tylko mało kto był świadom, że to były jakieś bzdury, których zresztą po latach nikt nie odważył mi się powtórzyć. Nikt też nie chciał podpaść i stać się kolejną ofiarą tych osób, ruchu sterowanego przez lokalne gwiazdy, wówczas Martę M. i Annę W., bo oczywistym było, że wówczas wymyślą i o nich jakieś historie. Wszyscy i wszystko musiało być im podporządkowane. Jak kiedyś będę pisała książkę o osobowości psychopatycznej to może się do nich odezwę…

Jak na jakichś zajęciach integracyjnych mieliśmy napisać o każdym „coś miłego”. O mnie napisano, że jestem „pocąca się”. To prawda, do dziś bardzo się pocę, przez co częściej się myję. Podobno to przez któryś hormon tarczycy. Uważam, że problem polega na tym, iż niektórzy się nie myją, spotykam dorosłe osoby, które po wyjściu z toalety nie potrafią umyć rąk…

Zaczęłam unikać szkoły i starałam się nie narobić sobie zaległości w tematach, które mnie interesowały, liczyłam zadania z chemii i fizyki ale też znalazłam ucieczkę w literaturze. Z czasem nie mogłam już wytrzymać we Wronkach i zaczęłam szukać innego miejsca, myślałam, że może gdzie indziej będą lepsi ludzie. Odbiło się to tylko na mojej rodzinie i dało powód miejscowym do opowiadania kolejnych gówienek. Nawet szkolna pedagog powiedziała, że bałam się egzaminów gimnazjalnych (buhaha) przez te opuszczone lekcje. Akurat większość osób z tej klasy, które zresztą ukończyły to gimnazjum z wyróżnieniem chodziło też na wagary, ale jako jedyna potrafiłam się do tego przyznać. Różnica polegała na tym, że ja nie mogłam przyjść do szkoły aby dać się znów poniżać, one nie przychodziły, bo zawsze gardziły wszystkimi i wiedziały, że nie poniosą żadnych konsekwencji. Pewnie wzięły ślub w białych sukienkach (buhaha) i wychowują teraz dzieci, które nie wiedzą, co drzemie w ich rodzicach. Oczywiście wszystko ma swoją przyczynę. Te osoby chwaliły się jakie to mają patologiczne rodziny i że ich rodzice oglądają po nocach pornosy, zresztą same zajmowały się tym na informatyce, więc zwyczajnie ktoś, kto nie podzielał ich psychozy, mnie zawsze interesowały tylko romantyczne relacje oparte na szczerej rozmowie, prawdziwej przyjaźni i czułości, irytował je. Dziś to wiem, wówczas miałam zaledwie kilkanaście lat, musiałam nagle stać się dorosła, nie mając nawet z kim o tym porozmawiać.

W liceum poszłam do klasy humanistycznej, która stała się oczywiście pośmiewiskiem dla tamtejszych pseudo nauczycieli. Mówię tak, ponieważ spędziłyśmy wiele godzin nad niczym… gdybyśmy chociaż czytali Nietzschego… a tak, nie byłyśmy przygotowane ani do matury, ani do życia. Normalnie każdy powinien sprawdzać kompetencje swojej kadry, ale dyrektorka pewnie była zajęta nakładaniem sobie tapety. Do języków obcych usłyszałam, że się nie nadaję, pewnie dlatego dziś potrafię pracować w pięciu różnych językach (choć uczyłam się ich ze łzami w oczach, no niestety nie jestem geniuszem) a kilka innych wykorzystać w różnych sytuacjach.

Obok przedsiębiorczości z największą businesswoman okolicy, oraz zanudzenia nas na fizyce i chemii, zdecydowanie największą porażką były lekcje historii i wiedzy o społeczeństwie, które niczego nie wniosły. Te przedmioty prowadził jeden nauczyciel, który był uzależniony od jedzenia, więc kazał nam słuchać piosenek Skaldów aż on się naje ciastek, po czym taki zadowolony przychodzi mówiąc: „Wandalowie to była rzeź, a Hunowie to była rzeź nad rzeziami”. Boże…! Żeby mieć tylko tyle do powiedzenia z historii Azji Środkowej (Serca Azji ❤ – Czy ja komuś pożyczyłam tę książkę profesorów Składanków? Nie mogę jej znaleźć…)?!

Tematów, które były na maturze, nie zdążyliśmy przerobić. Zresztą na polskim też jakoś do współczesności nie doszliśmy, bo za dużo czasu spędziliśmy w starożytności. Mimo to szanowałam polonistę za to, że miał wiedzę w jednej, bardzo wąskiej dziedzinie, aż do momentu, gdy otrzymałam coś takiego:

W dodatku na wstępie do tego anty-dzieła wspomniał, że nasza wychowawczyni, Lucyna K., która dziś jest dyrektorem SAPO (wcześniej najgorsza matematyczka jaką znam – jak ktoś taki może oceniać młodych nauczycieli?), nazywała mnie „odludkiem”. Ah, nie każdy tak jak ona w przerwach zabawiał kolegów w ciasnej kanciapie.

Nie publikuję więcej tych tekstów, bo ich poziom jest taki, jak każdy widzi…

Generalnie nawet bym się śmiała, że ktoś zapamiętał tylko tyle, że mi się jakiś kiedyś jakiś dekadencki wiersz podobał, to był jednak Staff, „to w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny, i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny…” miał ciekawą melodyjność, lubię dźwięk i zapach deszczu… Reszta, którą mnie obsmarował, była już wyssana z palca, żeby nie powiedzieć, że z najciemniejszego miejsca ludzkiego ciała. Nie wiem skąd to „nie wierzę w nic”, bo wówczas zajęłam się rozwojem duchowym i potrzebowałam wyciszenia, do dziś wierzę w Boga, w niebo, piekło, no i w karmę… Zastanawiam się czy wspomniany nauczyciel pomyślał, w jaki sposób nas opisał, gdy jedna z koleżanek popełniła samobójstwo, na pewno było jej w życiu przyjemnie czytając te brednie. Akurat była to osoba, która jako pierwsza jeszcze w gimnazjum zaczęła się do mnie odzywać, która jako jedyna przyszła po mnie do domu abyśmy poszły razem na dyskotekę… Żałuję, że po latach nie wiedziała, że też może do mnie przyjść…

Natomiast co do pragnień, miałam przede wszystkim jedno, aby kiedyś jeszcze było normalnie, cokolwiek to znaczy, abym nie była otaczana nienawiścią. Wolałabym być niewidoczna, niż wzbudzać tyle negatywnych emocji gdy zwyczajnie się nie odzywam… Lubię nic nie mówić, wówczas mogę więcej usłyszeć… Nigdy nie pomyślałam o żadnej z tych osób jako o śmiesznej, szczere to rzadko o nich myślałam, jak akurat nie musiałam, to wręcz wcale. Teraz dopiero widzę, że niektórzy nauczyciele byli żałośni.

Od dziecka byłam introwertykiem, wydaje mi się, że osoby pracujące w oświacie powinny znać choć podstawy psychologii, w dodatku już wtedy, ze względu na wspomniane na początku wydarzenia, miałam dość długie fazy depresyjne, które tylko się nasilały, co jest normalną reakcją w takiej sytuacji.

Na te jedyne zawody szkolne, na które pojechałam to tylko dlatego, że nauczycielka zapytała mnie czy codziennie biegam, a tak było, może zaledwie jakieś 3 km. Oczywiście wówczas bieganie nie było w Polsce popularne więc to był znów powód, aby ludzie z miasta mogli się ze mnie śmiać, tym bardziej, że atletki nigdy nie przypominałam (byłam po gimnazjum, w którym wuefistka Anna B. kazała nam na przerwie zbierać drobne od innych uczniów abyśmy mogły kupić pączki i zjeść na zajęciach… Skąd się tacy ludzie biorą?) Na zawodach tak się spięłam, że nawet ich nie ukończyłam. Nie wiedziałam też jak to zrobić aby biegać szybciej, nikt mi nigdy nie powiedział. W tym samym dniu co te zawody był konkurs recytatorski, dostałam jakieś smętne wiersze o miłości, a w momencie gdy reflektor padł na mnie i nie widziałam widowni, myślałam tylko o tym, żeby skończyć. Nienawidzę być w centrum uwagi i nie móc obserwować ludzi.

Nie wiem kiedy komuś wygarnęłam, raz na lekcji religii z tym grubym księdzem Mariuszem kiedy kilka osób się spóźniło przez głupie „Kółko Europejskie”, które niczego nie wnosiło, a on powiedział, że skoro się spóźniłyśmy to nas nie ma, wstałam i udałam się do wyjścia. Nie wiedziałam, że ktoś pójdzie za mną, nie było to planowane (fajnie wyszło, prawie jak w Stowarzyszeniu umarłych poetów). On wtedy taki spanikowany, że dokąd idziemy itd., no to ja mu, „skoro mnie nie ma, to wychodzę…” czemu miałam dać się poniżać, nie po to idzie się do szkoły i na te śmieszne lekcje religii aby ktoś mi odbierał moje podstawowe prawa… Jedna uczennica do mnie po lekcji: „-Agata, nie wiedziałam, że potrafisz być taka bezczelna…”, natomiast dla mnie to był zwyczajny ludzki odruch, to ten przebieraniec był zawsze chamski i pewnie taki pozostał.

Nigdy nie żałowałam, że nie poszłam na studniówkę, dla mnie byłoby to udawanie zabawy, bo nie byłam w nastroju na siupę. Zresztą nigdy nie lubiłam wielkich imprez, nie poszłam na rozdanie dyplomów po żadnych studiach, nawet jak dostałam list gratulacyjny od dziekana (nie wiem po co), odebrałam je z dziekanatu, jak już było po wszystkim. O studiach napiszę innym razem. Zatrzymujemy się tutaj, w tym nieszczęsnym 2005.

Nie miałam wówczas wyznaczonych celów naukowych, bo sposób nauczania w tej szkole w żaden sposób do tego nie przygotowywał. Natomiast teraz mam, cele naukowe, zawodowe, sportowe, choć tak wiele raz musiałam je odłożyć i zaczynać na nowa. Jednak jestem skazana na maraton, tylko ten bieg tak kształtuje osobowość. Nawet jeśli coś się nie uda, to czerpię satysfakcję z tego, że zawsze walczę do końca i daję z siebie wszystko. Faktycznie było mi bez różnicy gdzie je będę realizować, dokąd mnie poniesie, jestem osobą otwartą, uczącą się od różnorodności i bardziej przywiązuję uwagę do tego, pośród jakich ludzi jestem, niż – gdzie.

Dzięki tym doświadczeniom jestem dziś kim jestem, może czasem zbyt bezpośrednia, może mało dyplomatyczna, czasem się smucę, płaczę i szybko się irytuję, ale zawsze staję w obronie tych, którzy tego potrzebują. Wiem, jak to jest gdy nikt tego nie zrobi. W dodatku choć może mam zaledwie kilku przyjaciół, którzy zawsze mogą na mnie liczyć, to możemy rozmawiać godzinami o wszystkim. Nie zamieniłabym ich na setki „znajomych”.

Wolność słowa nie oznacza, że możemy mówić o każdym co chcemy, a żadne stanowisko nie uprawnia nas do oceniania innych, bez poznania ich historii i szczerej rozmowy. Zawsze przede wszystkim trzeba mieć kompetencje i wiedzę, aby się na jakiś temat wypowiedzieć. Współczuję rodzinom osób, które czerpią przyjemność z poniżania innych. Zrozumiałam, że takie traktowanie ludzi, jak nas traktowali nauczyciele, wynika tylko z braku kultury i wychowania. Nigdy bym czegoś takiego moim uczniom nie zrobiła, nigdy ich nie oceniam. Zawsze staję z nimi na linii startu i biegniemy razem.

Cieszę się, że wiara, rozum i współczucie nie pozwoliły abym stała się taką osobą, pośród których dorastałam i do dziś nadal jestem sobą, niezbyt mądrą, niezbyt piękną, pocącą się i nieprzymilającą – Agatą. Nie muszę się mścić, bo dziś wiem, że mogę zwyczajnie odpowiedzieć, podzielić się moim doświadczeniem z innymi. Czasy sztucznych autorytetów już dawno się skończyły, dziś trzeba sobie zasłużyć na szacunek…

Najlepsze jest to, że nie muszę się nikomu podobać ani być lubianą. Chyba to najbardziej boli osobowości narcystyczne, które tak często spotykam, że są osoby, które ich nie potrzebują.

Im dłużej żyję, tym bardziej odkrywam piękno ludzkiego umysłu. Kiedyś van Gogh pisał do brata, że gdyby nie to „coś” w jego głowie, mógłby tyle namalować. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielu rzeczy by nie namalował, jak wiele by nie widział tylko dlatego, że czułby mniej, może nie dostrzegałby wyjątkowości każdego człowieka, która do dziś tak zachwyca w jego skromnych obrazach. Oczywiście uważam, że ani on, ani nikt inny nie zasłużył na taką pogardę sobie współczesnych. Cytując Tołstoja, „dopóki czujemy ból – żyjemy, ale tylko dopóty, dopóki czujemy ból innych – jesteśmy ludźmi”.

Jeszcze piosenka, która towarzyszyła mi już ponad 20 lat temu…

Haha, a to piosenka, i artystka, które inspirują mnie teraz i poprzez którą mówię Noemi i każdemu, że jestem z nimi #IamWithYou

*T. Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków.

„A potem odwróciła się karta: zbliżałem się do nowego rozdziału w moim życiu. Ląd przed nami – wielka, samotna wyspa na środku morza! Dumne zarysy nieznanego wybrzeża!”*

Hopsa…! Wracam tutaj po dłuższej przerwie spowodowanej wstrętem do komputerów ;P Choroba zawodowa może przytrafić się w każdym momencie naszego życia. Warto zresztą czasem zatrzymać się i zastanowić, co tak naprawdę jest ważne. Dla mnie na przykład, ważne aby wolny czas spędzać aktywnie, więc wówczas wolę wybrać się do lasu. Dawniej napisałabym „lub na basen” ale sytuacja jest, jaka jest…

Przejdę do rzeczy i poruszę tutaj temat pandemii. Wiem bowiem, że są osoby, którym ciężko znaleźć powiązania pomiędzy tytułami, treścią wpisu czy piosenką, nic na to nie poradzę. Przyznam, że nawet jakiś czas temu jakaś osoba zarzuciła mi, że rozmawiając ze mną musi myśleć… Dlatego takim osobom polecam zwyczajnie czytanie jakiejś innej, prostszej lektury.

Pandemia to czas, w którym wszelkie podziały na równych i równiejszych nasilają się bardziej niż zwykle ale także, w którym brak kompetencji jest widoczny gołym okiem.

Właściwie od niedawna śledzę obostrzenia na terenie Polski, gdzie, jak docierały do mnie wiadomości, przez jakiś czas nawet ruch na świeżym powietrzu był zabroniony. Jest to zjawisko bardzo dziwne.

Oczywiście dopóki wszyscy się nie zaszczepimy, wirus będzie ciągle mutował a pandemia, nasilać się. Naprawdę słyszę czasem, że ktoś w to wszystko nie wierzy itd., co wynika z niewiedzy i ograniczenia intelektualnego, bo jeśli się czegoś nie wie, to dorosłemu człowiekowi wypada zadać sobie odrobinę trudu, aby się dowiedzieć.

Nie da się odwrócić procesów dokonanych w ekosystemie, można przestać go jedynie nadmiernie degradować. Widocznie coś takiego było potrzebne aby kopnąć tych, którzy mówią:

– Co mnie tam jakieś lasy w Kambodży czy Laosie, to nie moja sprawa… Otóż każdy problem globalny ma to do siebie, że jego konsekwencje mogą być widoczne na całym świecie. Tak jest nie tylko z przyrodą i problemami środowiskowymi ale i z przyzwoleniem na problemy społeczne.

Jak jestem sama w lesie, lub jest mało ludzi, i można zachować dystans, też biegam bez maseczki, bo przecież kiedyś trzeba się „żywić” świeżym powietrzem. Natomiast nie rozumiem na czym polega problem aby założyć czystą maseczkę wchodząc do sklepu. Nie wiem dlaczego tylu dorosłych nie wie co to usta i nos… Przecież uczy się tego dzieci w wieku przedszkolnym. Takie uprzejme zwracanie uwagi wywołuje u ludzi agresję i zawsze zwraca się przeciwko mnie. To nie jest tak, że mnie „przeszkadzają” ludzie bez maseczek, „przeszkadza” mi, że ludzie masowo umierają…

Jakiś czas temu słyszałam w radiu, ile mandatów wypisała policja za nienoszenie maseczek na zewnątrz, co wywołuje powszechny śmiech, ponieważ za każdym razem, gdy widzę w Poznaniu radiowóz, siedzi w nim przynajmniej dwóch mundurowych i nie mają maseczek…

Oczywiście przez rozważniejszą politykę można było zmniejszyć ten kryzys, nie takie zabranianie wszystkiego, odprężenie, znów zmykanie itd. Wiem też, że są osoby, które najbardziej przeżywają, że tam sobie czegoś nie kupią, że nie pójdą do fryzjera czy sobie nie zrobią sztucznych rzęs czy paznokci (btw. to ale masakra, ale naprawdę są osoby, które wszystko mają sztuczne).

Gdy to wszystko się rozpoczęło byłam w Pradze. Oczywiście szok i niedowierzanie były spore i też ciężko było mi się pogodzić z nową rzeczywistością. Nie po to przecież wyjechałam aby siedzieć na home-office. Natomiast oprócz godziny policyjnej nie było jako takiego zakazu przemieszczania się, szczególnie w parkach i aby unikać tłumu często wykonywałam treningi późnym wieczorem lub nawet w nocy, co niestety skutkuje sennością na drugi dzień. Z początku brakowało maseczek, akurat zaczęła się wiosna, więc i szal się nie sprawdzał. Pierwsze dwie maseczki uszyłam sama z jakiejś tam bluzki, zajęło mi to 2h i stwierdziłam, że jednak nie ma nudniejszego zajęcia (chyba oprócz pracy urzędnika). Podziwiam ludzi, którzy się tym zajmują zawodowo.

Mimo sporej determinacji nie udało mi się przetrwać pandemii w wysokiej formie fizycznej. Punktem kulminacyjnym był fakt, że w lipcu wjechał we mnie samochód, gdy jechałam z górki rowerem na pasie przeznaczonym dla rowerów… A tak postanowił mnie wyprzedzić i w tym momencie skręcić „bo chciał zaparkować”. Oznaczało to miesiąc całkowitego wykluczenia z aktywności fizycznej. Później zaczęłam chodzić na basen oraz na krioterapię. Nie wystarczyło to nawet aby przygotować się do półmaratonu i wszelkie bóle powróciły na 15 kilometrze.

Praga zdecydowanie nie jest dobrym miastem dla jakiejkolwiek aktywności fizycznej, bo bieganie po bruku do przyjemnych nie należy, natomiast naparzające ze wszystkich stron samochody uniemożliwiają ruch pieszy i rowerowy. Pewnie nigdy bym tam nie wracała gdyby nie ten kontrast świateł no i kluby jazzowe, duuużo jazzu 🙂

Cieszę się, że już 3 miesiąc robię powyżej 80 kilometrów tygodniowo. W zeszłym tygodniu udało się nawet 99. Dla mnie nie ma sensu prześciganie się w wypisywaniu komu jest trudniej trenować itp. Oczywiście jeśli ktoś biega tylko dla pieniędzy to zawsze będzie rozczarowany. A bieganie to przecież życie, bo nie ma sytuacji ani emocji, których nie da się wybiegać. Zawody i nagrody, to tylko tak przy okazji, jeśli są, to miło. Najlepszą nagrodą i największą satysfakcją jest to, jakim jesteś człowiekiem, fakt, że strzepujesz z siebie wszystko co negatywne wraz z uderzeniem Twojego buta o podłoże… Zawsze jest wybór, kiedyś o tym napiszę…

T. Jansson, Pamiętniki Tatusia Muminka, przeł. Teresa Chłapowska

W przyszłości opiszę nieco więcej Czechy, póki co dziękuję kolegom z pracy za każdą partię szachów, no i za „naszą” szachową muzykę 🙂 To są jedne z najlepszych wspomnień, jakie mam!

„Nigdy nie jest się zupełnie wolnym, jeśli się kogoś za bardzo podziwia.”*

W czasach zamknięcia na uwagi i krytykę moje teksty nie są czymś mile widzianym, co tylko potwierdza ich prawdomówność. Tworzę je na bieżąco, nie zastanawiam się dniami, co tu napisać. To znaczy czasem się zastanawiam, ale jak jednocześnie nie piszę, to zazwyczaj już tego nie napiszę… bo później przychodzą nowe myśli, a jest ich wiele. Stąd też tak wiele literówek, o które w tej formie tak łatwo. Ostatnio czytałam kilka wpisów i dopiero zaczęłam coś-niecoś tam poprawiać. Nie jest to książka, dzieło literackie ani nawet jakieś pismo, nie oddaję też tego do skorygowania. W takiej formie, zostawiając tekst na czas, aż będzie mi się chciało do niego wrócić i poprawić, blog straciłby swoją wartość jaką jest świeżość.

Co prawda chcę dziś nawiązać do półmaratonu z 8 października, ale świeżość polega tu na tych przemyśleniach po czasie, bo tak wiele przecież się wydarzyło. Jak niektórzy wiedzą, poprawiłam rekord życiowy o 2 sekundy. To bardzo mało i jednocześnie dużo. Choć oczywiście trasa w Szamotułach była łatwiejsza niż ta w Poznaniu gdzie pobiegłam o dwie sekundy wolniej, bo nie było tak długich podbiegów, oprócz tego do mety. Oczywiście szkoda mi, że nie wyprzedziłam dwóch zawodniczek zaraz przede mną, bo zmieniałyśmy się na trasie, ale nie byłam jeszcze aż tak przygotowana aby odeprzeć ich atak w końcowej części biegu. Poza tym nie miałam odpowiednich butów, te są mi nieco za małe, a w sporym jak na październik słońcu zwyczajnie odparzyły mi podeszwę stopy, co dość dotkliwie czułam po 16. kilometrze.

Zeszły weekend wykorzystałam na kibicowanie maratończykom bo wiem jakie to miłe dla samych biegaczy. Chcąc nie chcąc, głównie skupiłam się na tym, że amatorzy (i amatorki :D) też powinni być poddawani kontroli dopingowej. Osobiście nie wierzę, że ktoś (tym bardziej przy stosunkowo niewielkiej masie mięśniowej) „na czysto” biega co miesiąc (albo i nawet częściej!) cały maraton w granicach rekordu życiowego. Jasne jest, że robi to dla nagród, które zgarnia, natomiast trzeba nie mieć pojęcia o sporcie, aby w to wierzyć.

Zresztą nawet nie zachwycam się ostatnio wyśrubowanymi światowymi rekordami czasowymi. Jak wiecie, po aferze Armstronga nie wierzę w takie siupy jak super sportowcy. Osobiście uważam, że każdy człowiek pod wieloma względami ma swoje granice, których ani sam nie może przekroczyć, ani inni za niego!!! Przypominam, że w przypadku Lance’a Armstronga, miał on ludzi, którzy nawet za niego sikali…

Oczywiste jest, że sami organizatorzy biegów napędzają doping, w wielu krajach są haczyki w regulaminach, że jak nie osiągnie się jakiegoś tam czasu to nagrody będą pomniejszone o 50%, lub nie zostaną wypłacone wcale. Mam wrażanie, że osoby, które to ustalają, w życiu niczego nie trenowały. Dziwię się też dziennikarzom. Ostatnio na jednym z bardziej znanych polskich portali przeczytałam, że zwyciężczyni Maratonu Warszawskiego z takim czasem miałaby złoto tegorocznych Mistrzostw Świata… No ludzie, tylko nieco inne warunki panowały wówczas w Warszawie niż w Doha… Biegnie się tak, jak na to pozwala trasa, warunki atmosferyczne, aktualna forma, no i jeszcze do tego dochodzi nieszczęsna dyspozycja dnia… Dlatego ta cała pisanina-gadanina wokół biegania, gadka-szmatka o czasach i rekordach, nie ma sensu. Słuchałam też wywiadu z jednym z czołowych maratończyków, który mówił, że „świat potrzebuje jego rekordu”. Elegancko przyznam, że jakoś obejdę się bez, tak jak miliony innych ludzi…

To nie czas, miejsce ani rekordy są ważne w bieganiu ale liczy się droga jaką przeszedłeś podczas przygotowań, to jak zmieniło cię to jako człowieka, na ile stałeś się bardziej ludzkim.

*”Wszystko trzeba odkryć samemu. I również przejść przez to zupełnie samemu.”

T. Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków oraz tejże, Zima Muminków.

„Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.”*

Uwielbiam jesień, kojarzy mi się z nową nadzieją i początkami. Pamiętam jak jeszcze chodziłam do szkoły, zawsze miałam nadzieję, że ten rok będzie cudowny, nauczę się niesamowitych rzeczy, poznam wspaniałych ludzi. Nigdy się tego nie doczekałam, ale lubiłam wracać ze szkoły i udawać, ze teraz ja nauczam. W ciepłym wrześniowym słońcu, kreśliłam kredą na ustawionych na podwórku tablicach, czemu z większą lub mniejszą ciekawością przyglądał się mój pies. Zdarzało się też, że koleżanki miały lepszą fazę i zostawałyśmy godzinami po lekcjach aby skakać na splecionej przez moją mamę z linek do prania skakance. Była tak długa i solidna, że cała klasa mogła skakać na raz. To kilka takich miłych wspomnień jakie mam.

Teraz cieszę się, że skończyły się upały. Zdecydowanie wolę biegać nawet w deszczu, niż w palącym słońcu. Bardzo powoli buduję formę, dokładnie nie wiem na co, jeśli się uda, chciałabym pobiec coś w listopadzie/grudniu. Najpierw trzeba się przygotować, a dopiero później zapisać na zawody. Poza tym mam dosyć startowania w biegach organizowanych przez amatorów, chcących się na tym tylko wzbogacić, którzy nie mają zielonego pojęcia o trudach treningów.

Na pewno trzeba jeszcze wiele zarówno zmienić, a to co jest, dopracować. Staram się większą wagę przywiązywać do jakości treningów, niż do ilości klepanych kilometrów. Tych drugich jednak jest zdecydowanie za mało. Przede wszystkim muszę zmienić otoczenie. Poznań jest miastem zdecydowanie nieprzyjaznym biegaczom i człowiekowi pod każdym względem, out- & in-doorowym. Zawsze wszystkim przeszkadzamy na siłowni, chodniku, czekając na zielone światło. Na siłowni ciężko pracownikom zrozumieć, że ktoś przychodzi trenować, a nie przeglądać telefon. Miasto nie potrafiło przeprowadzić z powodzeniem nawet jednego dnia bez samochodów, które ciągle próbują nas rozjechać. Cieszę się, że nie sprzedaję mojego życia osobistego aby dostać pakiet czy zbierać lajki. Bardzo trudno było mi dojść do formy sprzed przerwy w życiorysie, teraz może jestem mniej zuchwała i mniej pewna siebie, bardziej szczera i bezpośrednia, ale za to wyczuwam frajerstwo i chamstwo na odległość. Może brzmi to negatywnie, ale zdecydowanie za dużo jest ludzi udających w internecie, że wszystko jest ładnie i pięknie. Nie można wiecznie tworzyć fejkowej rzeczywistości, ale należy zacząć nazywać rzeczy po imieniu.

 

 

„Lato wydawało się nagle tak dalekie, jakby go nigdy nie było, drogi od domu do domu wydłużyły się i każdy siedział schowany u siebie.”

(T. Jansson, Dolina Muminków w listopadzie.)

„Kocham granice. Sierpień jest granicą między latem a jesienią; to najpiękniejszy miesiąc, jaki znam.”*

Po dłuższej przerwie chciałabym zamieścić wpis podsumowujący moje starty w sezonie letnim. Nie było ich dużo, bo raptem trzy, po wiosennym półmaratonie. Ponieważ emocje już nieco opadły, skupię się głównie na organizacji.

Pierwszy start to bardzo średnie wykonanie dziesiątki, tradycyjnie już w Swarzędzu, jednak w ogromnym upale. Przyznam, że zapisując się, nie zauważyłam godziny startu, który przypadł na 11… Organizując bieg w czerwcu, nie jest to rozsądne rozwiązanie. Do ostatniej chwili chowałam się pod jakimś drzewem i polewałam wodą. Na pierwszą piątkę starczyło, później już upał zaczął mi doskwierać. Wzięłam też te waflowe buty z półmaratonu, które były super w wilgotnych warunkach, natomiast tutaj stopy mi się zagotowały. W  dodatku po raz pierwszy i ostatni wzięłam inne skarpetki niż CEPy… (Fatalna nazwa, ale jakościowo póki co uważam je za najlepsze –  P.S. nie zapłacili mi za reklamę ani nie przesłali za darmo skarpetek, a szkoda, bo kosztują 200 zł).

Ponieważ czułam, że forma idzie w górę, postanowiłam sprawdzić się na dystansie maratońskim. Taki znalazłam najbliżej w Szczecinie. Wydawało mi się, że wszystko mam dopracowane, oprócz jednego, nie znałam trasy. Organizatorzy mieli spore problemy z tym punktem ale cały hejt w sieci skierowany w ich stronę uważam za niesłuszny. To nie ich wina, że nie dostali pozwolenia od miasta na przeprowadzenie biegu po asfalcie. Jedynie pierwsze może 15 km z pobliskich Polic po nim prowadziło, później ścieżka rowerowa, która niestety ale była tak naprawdę chodnikiem… więc mimo, że prowadziła z górki, moje buty (tym razem wzięłam najbardziej przewiewne jakie miałam, aczkolwiek mało startowe) zwyczajnie się ślizgały, bo było na nim dużo piachu. Około dwudziestego któregoś kilometra wbiegliśmy do lasu, i tam zaczęła się prawdziwa hopsasanka. Krążyliśmy tam do końca, zaczęliśmy się dublować, a ja nawet nie wiedziałam do ostatnich 100 metrów gdzie jest meta. 3 razy ktoś pokazał mi drogę, ze 20 razy pytałam się gdzie mam biec itd. Zegarek rozładował mi się na 32. kaemie, a tam kilometry były oznaczone jakoś co 5. Myślałam, że oszaleję, nerwy mi nieco puściły w końcówce, straciłam na to sporo siły. W każdym razie byłam 5. kobietą i stanęłam za pudłem, choć wolałabym na. Mimo wszystko uważam, że organizatorzy dali z siebie wszystko aby mimo trudności bieg jednak się odbył. Poza tym był super bufet na mecie, bo zamiast makaronu był ryż z gulaszem albo zupa, dzięki czemu wszystko bez lepku i mleka, o co gdzie indziej trudno i zazwyczaj wracam głodna. Poza tym duuużo owocków 🙂 Wiadomo wisienką na torcie byłaby kontrola antydopingowa… 

65860507_2349087025350545_7941073649002348544_n

Dziękuję za fotkę

Na koniec miałam nadzieję na superkompensację pomaratońską. Zaczęłam biegać bardzo dobrze drugie zakresy, nawet 15 kaemów. Po 4 tygodniach wybrałam się na 10,5 kaema do Chrzypska, jednak całkowicie poskładałam ten bieg. Już dawno nic tak źle nie biegłam. Nie wiem dlaczego, może za szybko ruszyłam, bo początek był z górki, a ja nie miałam zegarka (ładował się całą noc, a rano okazało się, że bateria jest pusta… Kupiłam go niecały rok temu, masakra). Oczywiście ten bieg też mógł się odbyć wcześniej, zaczynanie biegu w lipcu o 10-tej też nie jest najlepsze. Co mnie jednak poirytowało to fakt, że zapowiadano losowanie atrakcyjnych nagród, było ich naprawdę mnóstwo. Czekaliśmy na to 3h, a po kilkudziesięciu numerach spiker zaczął się nudzić i spieszyć, więc postanowił, że zamiast podchodzić po nagrody, zainteresowani mają przynieść nr startowe na scenę i tak będzie losował. Nic wcześniej nie wspomniał o takiej formie losowania, ani nie było do tego żadnego regulaminu. Miałam nr startowy w samochodzie, ponad kilometr od tej sceny. Mówię mu, że mam przy sobie potwierdzenie numeru tylko w smsie, który od nich dostałam oraz dowód osobisty. On natomiast postanowił kontynuować swój pomysł mając głęboko w czterech literach, że jest to nie w porządku wobec mnie. Ważne, że sam zgarnął kasę za gadanie do mikrofonu i reklamowanie swoich znajomych. Nawet napisałam do organizatora w tej sprawie ale jakoś nie pomyśleli aby przeprosić lub przyznać się do błędu, wręcz wykroczenia, bo kto organizuje loterię bez regulaminu? Ale to już ich problem i sponsorów, którzy się tam reklamowali. Na pewno tam już nigdy nie pojadę i wszyscy będą zadowoleni. Szkoda tylko, że wcześniej mi nie powiedzieli, że nie mam przyjeżdżać w tym roku.

Natomiast cieszę się, że w końcu jest sierpień, ten miesiąc zawsze przynosi mi nadzieję.

*”Zmierzch jest granicą między dniem i nocą, a brzeg jest granicą pomiędzy morzem a lądem. Granica jest tęsknotą: kiedy oboje są zakochani, ale wciąż nie wypowiedzieli ani słowa. Granicą jest bycie w drodze.” (T. Jansson)

 

„Kiedy człowiek (…) zda się na jakiś inny system, świat nabiera trójwymiarowości i elastyczności.”*

Tak naprawdę ma być to spóźniona nieco relacja z Poznańskiego Półmaratonu. Na pewno w niej jakoś nawiążę to tytułu 😉

Jestem teraz po dwóch tygodniach regeneracji aktywnej. Tzn. nie byłam na żadnym roztrenowaniu, po prostu biegałam i ćwiczyłam rekreacyjnie. Początkowo miałam biec przecież maraton ale póki co staram się nic nie planować, jedynie jakieś spontaniczne biegi. Chcę się zająć budowaniem formy na jesień (no i wyleczeniem kręgosłupa). Oczywiście mega zazdroszczę wszystkim, którzy biegną maratony, kocham ten dystans. Jednak postanowiłam, że nie wystartuję na nim, dopóki nie będę pewna formy. A nie jestem, bo na mnie dobrze wpływa jak trenuję trochę wyżej nad poziomem morza albo  choć na pagórkach. Powyżej 1500 m.n.p.m. nawet nigdy nie byłam, pewnie byłyby tego niesamowite efekty. Muszę coś takiego zaplanować ale dla amatora nie jest to prosta sprawa.

Myślę też, że gdybym trenowała przez pół roku tak jak na miesiąć przed półmaratonem (musiałabym przez sześć miesięcy nie chorować), wynik byłby jeszcze lepszy (pomijając niesprzyjające warunki naturalne, smog, samochody, które chcą mnie rozjechać). Oczywiscie bardzo się cieszę, że poprawiłam rekord życiowy o minutę i sześć sekund. Na chyba najtrudniejszej trasie, na jakiej kiedykolowiek biegałam półmaraton, a było ich kilkadziesiąt…

Mało kto wie, że pierwszą połówkę biegłam także w Poznaniu, wówczas startowaliśmy jeszcze z Malty, w 2011 roku, którą ukończyłam w czasie 2h11’20”. Cieszę się, że po ośmiu latach zajęło mi to już „tylko” 1h31’46”. Jest to nadal amatorski czas i byłam dopiero gdzieś 32. kobietą, ale i tak się cieszę. W dodatku zajęłam 3. miejsce w kategorii absolwentek UAM, więc w końcu i dyplom na coś się przydał. Nigdy nie zapomnę mojej obrony, powtarzałam sobie wówczas mantrę „nie odzywaj się, nie komentuj, nie ubliżaj nikomu, nie mów co myślisz, nie śmiej się z nikogo, bierz co dają i uciekaj”. Polecam jak Wam recenzent (-ka) będzie trzaskała info z Wikipedii i będzie córką jakiegoś profesora, to w tym kraju nie ma co walczyć z taką osobą. Dziś bym nie dała rady, bo mówię, co myślę, gdyż pozostało już niewiele rzeczy, na których mi zależy.

Jaka jest jednak mantra na bieg? Każdy musi w sobie coś takiego znaleźć, najczęściej będzie to coś wyćwiczone na ciężkich treningach. Po to one są, nie tylko aby przygotować mięśnie, ale także i głowę. Trzeba mieć jakiś mobilizator, który po tysiączku sprawi, że go powtórzysz. I tak jeszcze z 6 razy. To bardzo dużo, to jeden z najgorszych treningów… Nie, gorsze są ciągłe w drugim zakresie. To one, raczej ich niedobór, sprawiają, że tak wolno robię postępy. No i oczywiście brak treningu na wysokości. Wiem, miałam się przeprowadzić, ale nie jest to łatwe. Czasem czuję się jak ta mała czarownica z japońskiego filmu anime, znacie Kiki?

Wracając do półmaratonu, co było takiego trudnego? Mimo wszystko chyba pierwsze 5 kilometrów, bo choć nogi były mega lekkie, to sporo nerwów i przepychanek kosztowało biegnięcie w tak dużej grupie na 1:30. Szkoda, że organizatorzy są tak nastawieni na sukces międzynarodowy, że odbywa się to kosztem zwykłych biegaczy i uniemożliwia im osiąganie lepszych rezultatów. Jakby moje bieganie było mniej ważne od biegania elity…

Dziwiłam się też, że zajączka biegnie tak wolno, z górki 13,7 km/h, widocznie jest dobrą biegaczką górską i wiedziała, że będzie w stanie później przyspieszyć. Ja nie,  więc chciałam się z tej grupy wydostać, ale nie było takiej opcji. Naparwdę byłam poobijana zanim mnie jakoś wypuszczono i mogłam nieco przyspieszyć. Wiedziałam, że na podbiegach później tego nie nadrobię ale to jakby była już musztarda po obiedzie. Może mogłam się ustawić gdzieś wyżej ale też nie chciałam za szybko zacząć. Takie szarpane tempo sprawiło, że przez kilometr skręcałam się od kolki. Doświadczenie jednak mówiło, że jest szansa, aby ona minęła.

Przed 14. kaemem dosięgnął mnie spory kryzys, węglowodany z napoju aż tak szybko nie dotarły. Musiałam pogodzić się z tym, że nie złamię 1:30 i biec tak, aby w ogóle to ukończyć. Było to trudne, ponieważ na bardzo długim podbiegu na Drodze Dębińskiej naprawdę wiele osób, które wcześniej biegły przede mną, stawało lub szło. Trzeba było też przyjąć wiatr na klatę. Tam już każdy pokonywał trasę sam. Nie wiem już dziś co wówczas myślałam, chyba jak zwykle o tym, że ustawiłam moją ekipę na trasie i aby ich wysiłek nie poszedł na marne nie mogę się poddać. To właśnie ten moment, kiedy muszę spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, nie swojej, „zdać się na jakiś inny system”. Dziękuję tutaj jak zawsze mojej rodzinie. Bez nich musiałabym brać żele, które jakoś mi nie służą i popijać je surową kranówką. (To kolejny minus tego biegu, trzecim jest jescze brak osobnej klasyfikacji dla Polaków oraz jakichś konkretnych nagórd w kategoriach wiekowych czy regionalnych, ale wybieram biegi tutaj, bo nie wymagają jakiejś wielkiej wyprawy). Pierwszy raz pokonałam tak długi dystans na zawodach (wcześniej ćwiczyłam to na treningach) popijając tyko przed biegiem i na 6. kaemie napój izotoniczny, a na 13. i 20. hipotoniczny.

Udostępniam, wykres  stref tętna z zegarka (trzeba przełączyć bo pokazuje się prędkość. Nie wiem co to za zwolnienie na 11. kaemie, to chyba był moment, że ktoś przede mnie wbiegł i musiałam zwolnić żeby na człowieka nie wbiegnąć, zaklnęłam i ominęłam gościa. Zegarek rozgrzał się dopiero po jakichś 500 metrach). Co prawda, zdażało mi się wcześniej biec nawet cały półmaraton w strefie max, ale nie przyniosło to wówczs rekordu. Jednak strefa wydajności jest bezpieczniejsza i jak wydać, bardziej efektywna. 

IMG_0213Dziękuję Grzegorz Wiczewski – fotografia sportowa za zdjęcie.

*Uważam, że to bardzo ważne podejście do życia”

H. Murakami, Zawód: powieściopisarz, przeł. A. Zielińska-Elliott

„Języki żyją. Ludzie też żyją”*

Brak wpisów w ostatnim czasie był spowodowany wieloma czynnikami. Otóż, 10 marca startowałam na 10 km, co było startem bardzo nieudanym. W tygodniu przed zawodami okazało się, że muszę podjąć leczenie zęba, co przełożyło się także na ilość treningów a raczej ich brak. Fakt, że pobiegłam poniżej moich oczekiwań sprawił tylko, że nakręciłam się na intensywną pracę w przyszłych. Bardzo mobilizuje mnie świadomość, że za dwa tygodnie, jak nic złego się nie przytrafi, startuję w poznańskim półmaratonie. Bardzo się też tego boję, bo naprawdę dużo siły i czasu poświęciłam na przygotowania i będzie mi bardzo szkoda, jak nawalę.

W ostatnich tygodniach stwierdziłam nawet, że kilka treningów w ciągu dnia sprawia mi ogromną frajdę, o ile oczywiście jestem w stanie się zregenerować, i że mogłabym być zawodowym biegaczem. Różnica polega tylko na tym, że nikt mi za to nie płaci, a w dodatku nie mam jakiegoś wrodzonego talentu do tego biegania. To znaczy, ktoś powie, że mój talent to jest to, że chce mi się trenować. Tak, ale chciałabym też widzieć tego efekty jak grzyby po deszczu, natomiast póki co, szukanie z lupą nie pomoże.

Jedyne czego żałuję to fakt, że gdy więcej trenuję, mniej czytam. Powód jest taki, że zwyczajnie strasznie chce mi się spać i po przewróceniu kilku stron, zwyczajnie padam. Bieganie stało się dla mnie tym, czym kiedyś były książki, drugim światem. Choć nie jestem takim czytelnikiem, który połyka wszystko. Nawet za bardzo nie lubię powieści, a fantastyki wręcz nie cierpię. Mówię tu o reporatażach i książkach historycznych, naukowych, uwielbiam je, choć czyta się to wolno, czasem trudno. Co do tego ostatniego, jak już kiedyś wspomniałam, najbardziej cenię sobie książki, które rzeczy trudne opisują w sposób prosty. Jest taka tendencja w nauce do pisania tak, aby nikt tego nie zrozumiał. Wówczas można dosłownie klepać głupoty, a mimo to każdy będzie pod wrażeniem tego słownictwa. Natomiast nauka nie istnieje sama dla siebie, ma za zadanie służyć ludziom. Książka naukowa jest jakąś formą komunikacji i im dla większego kręgu odbiorców będzie dostępna, tym lepiej.


Przechodzę do rozpisek:

Tydzień 11.-17. marca 2019

pon. 5 km walk+srt. (techn.+zjazd)+5Kwalk+joga(core strength)

wt. 5w+srt+5w + 10Keasyrun+joga (ręce)

śr. 5+srt+5+bieżnia mech.(2,5+2+1,5+1)+sauna

czw. 5+srt+5+bieżnia mech.(2Krozgrz.+3,5+3+2K)+sauna

pt. 5+srt+5+bieżnia mech. + 5K w 22′ +10x500m (16-16,4km/h)+2×400 (16,4-17,1km/h)+350 (17,1-17,7km/h)

so. solanka

nd. 20km cross


Tydzień 18.-24.03.2019

pon. 5w+srt+ 1,5w+steper 20min.+siłka:szyneczki, czwórki (wypychanie), brzuszki (w tym z piłką lek.), wypady nóg z obciążeniem 2,5kg + skrzynia + sauna + 5Kw

wt. 5w+srt+10100m na b.mech w 43 min.+sauna+5Kw+10Kcross(135-155bmp)+ćwicz. na macie

śr. bieg regeneracyjny 15K

cz. 5w+srt+5w

pt. 13Kw+srt+10Kcorss+solanka

so. 15K cross+8Kw+3+2+1 na b.mech.

nd. 15K cross


Tydzień 25-31.03.2019

pon. 10Kw+srt.+b.mech(1,5km pod górkę 14km/h 0.5%-4%)+4x600m 4-6% + płasko: 3000(14,1-14,4 km/h)+2500(14,4-15km/h)+2000(15-15,4km/h)+ćwicz. wzm.(brzuch, nogi)+50min. zajęć CORE;

wt. 8K walk+10200m w 42’30”+4x500m+50′ ćwicz. na zdr. kręgosłup+pilates

śr. (dentysta… i) 15km walk+1 km na b. mech. walk pod górkę 10%+ 4×1200 do 3% nachylenia max po 15-16km/h;

cz. 8km walk+skakanka, rolowanie wstępne+5K w 21’30”+3x2K (14,6-15km/h)+1km BNP15-16km/h + rolowanie + rozciąganie+ ćwicz. na macie (przerwa) + ćwicz. (nogi, core)+ ćwicz. na siłce (nogi, brzuch, plecy, klata, ręce) + skrzynia 🙂

pt. 5K walk+15K biegu regener. +solanka

so. 20K cross + 2K (14,1-14,3 km/h)+1800m (14,3-15,1km/h)+1600m (15,1-15,7km/h)+1400 (15,7-15,9km/h) +8Kwalk+rolka, skakanka, ćwicz. na macie i z obciążeniem;

nd. 23K corss

*”Ponieważ żywy człowiek stara się posługiwać żywym językiem, ten proces musi być elastyczny. I język, i człowiek muszą się swobodnie poruszać i znaleźć najbardziej efektywną wspólną płaszczyznę.”

H. Murakami, Zawód: powieściopisarz, przeł. A. Zielińska-Elliott

„Jestem znacznie bardziej przyzwyczajony do przegrywania.”*

Właśnie te słowa towarzyszyły mi przez cały cykl biegów na leśną piątkę. W pierwszym z nich, we wrześniu…, udało mi się nieco przypadkowo wygrać klasyfikację wiekową, mówię nieco, bo życiówka była i gdybym utrzymała taką formę przez kolejne miesiące, mogłabym walczyć o to miejsce do końca. Wówczas spowodowane było to takimi czynnikami jak: 1) forma podmaratońska oraz 2) powrót z niewielkich, ale jednak gór czy też wzgórz palestyńskich.

Po kilku miesiącach spadku formy, borykania się z uszkodzeniem kręgosłupa oraz chorobami dróg oddechowych, odnotowałam w końcu wzrost formy, choć nie na tyle aby bić rekordy (jeszcze). Co prawda, jestem nieco wymęczona treningami, ale troszkę jest też jest to ostatni moment żeby wydusić z siebie co się da.

W tym tygodniu zrobię niestety mniej kilometrów ze względu na niedzielną dyszkę. Trudno wpleść starty kontrolne w przygotowania maratońskie. Nie można sobie odpuścić treningów, a jednak trochę wytchnienia przed startem jest potrzebne. Natomiast bieg ciągły w 2.-3. zakresie jest bardzo trudny do wykonania samemu, dlatego wolę wystartować w zawodach, nawet jeśli nie przyniesie to wymarzonego wyniku (poniżej 42 minut).

Dodam, że po raz kolejny zaimponowała mi Etiopka Ruti Aga, niesamowita jest ta dziewczyna. Udawadnia też, że nie trzeba być długonogą, skrajnie wychudzoną biegaczką, aby startować w maratonie i w dodatku wygrywać. Mam wrażenie, że ona nie biega, tylko frunie. Cudowna jest!


Tydzień 25.02.-04.03.22019

poniedziałek -> 13 km easy po błocie + ćwiczenia na macie

wtorek -> 5,5 easy (nadal po błocie) + rozgrzewaka + 2000 + 1600 + 1200 + 800 + 400 + trucht do domu -> R: 17 km + ćwicz.

środa -> 17,5 km cross w tym podbiegi: 10×100 metrów + 5x250m

czwartek -> 12 km biegu regeneracyjnego + solanka

piątek -> ćwiczenia na macie

sobota -> rozgrzewka + start w biegu na 5K cross w minimalnym zakładanym tempie 14km/h (w sumie dwa oczka wyszły 21:21) + rozluźnienie + stadion: 5x350m (trucht w przerwach) + rozciąganie, nawodnienie +10x150m (trucht w przerwach) + powrót do domu -> R:17km

niedziela -> 30 km w terenie crossowym (wsparcie-> 0,5 litra napoju hipotonicznego, który testuję przed dłuższymi biegami; żadne żele mi nie służą, łapie mnie po nich kolka, więc mam zamiar popijać tylko te napoje na treningach i podczas startów)

„Ja mam inne tempo i inaczej odbieram czas.”

H. Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Przeł. J. Polak

„Kiedy ktoś, kto na sto procent powinien mnie zrozumieć, nie robi tego, idę pobiegać trochę dłużej niż zwykle.”*

Trochę tak jest, że czasem aby się rozładować, musimy pobiegać więcej. Coś o tym wiem. Dawno nie było wpisu o bieganiu, ale co tu pisać, gdy człowiek jest na przykład chory. Ostatnie pół roku było dość przeplatane różnymi następstwami tego świństwa, które mamy w powietrzu, choćby dlatego, że ktoś musi się grzać w samochodzie albo jeszcze gorzej, spala śmieci, drewno i węgiel. Zauważyłam nawet, że w Poznaniu nie ma warunków do trenowania, na chodnikach stoją zaparkowane samochody albo leżą psie odchody, a nad Rusałką, która jest jednym z najlepszych terenów rekreacyjnych, jest jakaś wielka spalarnia, którą ciągle smrodzi. Nawet zgłaszałam to więcej niż raz straży miejskiej, gdzie teoretycznie powinnam dostać powiadomienie o interwencji w ciągu 3 dni, ale ani be ani me z ich strony. Prezydent miasta, też nie jest zainteresowany rozmową z takim zwykłym mieszkańcem, bo przecież nie pracuję dla radia, gazety czy telewizji. W dodatku, nad Rusałką, gdzie i taki jest konflikt między pieszymi z psami, biegaczami a szalonymi roweżystami, dookoła są odchody końskie, które są 10 razy większe niż psie, i tego też nikt nie sprząta. Widocznie jeźdźcy nie potrafią sobie wyobrazić jak będzie wyglądał rowerek dziecka, które przyszło tam aktywnie spędzić czas z rodzicami.

Od dziś mam jednak numer startowy na 12. Poznań Półmaraton – 6984 😦 No nic, zawsze mówię, że to nie jest ważne, że pobiegłabym z numerem tysiąc pięćset sto dziewięćset. Ale jednak wygladałby lepiej, prawda… Liczy się tylko przygotowanie i bieg docelowy.

Było to dla mnie bardzo ważne aby tu znowu pobiec, bo przede wszystkim od jakiegoś czasu jestem poznanianką, a poza tym, to właśnie PP był pierwszym biegiem ulicznym, w który wzięłam udział.

Teraz trzeba się wziąć w garść, choć moje przygotowania pozostawiają wiele do życzenia. Tak jak wspomniałam, tygodnie intensywnych treningów były przeplatane tygodniami spędzonymi w domu, często w bezruchu. Poniżej zestawienie dwóch tygodni, z czego pierwszy był wdrożeniem do aktywności, bo moja wydolność została bardzo osłabiona, a w drugim skoncentrowałam się aby codziennie wykonać dłuższy bieg, co prawie się udało. W sumie sporo kilometrów, najpierw chodzonych bo wiem, że czego nie nachodzę, to późnej nie nabiegam. Z czego liczę tylko kilometry, które wykonałam w drodze na trening lub z powrotem a nie związane z codziennymi obowiązkami.

Na szczęście mam wszystko w kalendarzu, który dostałam, oczywiście z Muminkami. Powiem Wam, że odkąd piszę ten blog, to ludzie przy różnych okazjach dają mi jakieś upominki z Muminkami. Ogólnie jest to bardzo miłe, aczkolwiek najbardziej lubię te cytaty z tych opowiadań, których sporo nazaznaczałam. Natomiast postacie bajkowe, może i sympatyczne i zabawne, ale jakoś mnie nie fascynują. Teraz muszę coś tam notować. Wcześniej też miałam kalendarze ale zazwyczaj albo były puste, albo robiłam w nich zwykłe notatki do pracy. Tak więc nie spełniały swojej kalendarzowej funkcji. Wkrótce wiecej wpisów na innych blogach ale ostatnio zebrało się sporo pisania więc blogi musiały poczekać 🙂


Tydzień 11.-17.02.2019 (zrobiłabym zdjęcie z kalendarza żeby tego nie przepisywać, ale mam straszny styl odręczny od kiedy musiałam ogarnąć 5. system pisma. Tzn. w tych pozostałych piszę jakoś lepiej, tylko w łacince i po chińsku tak gryzmolę a to dlatego, że najwięcej się w nich napisałam):

pon. 5 km walk+srt. (technika+med. –  ciągle mam problem z końcem kręgosłupa) = 5 km walk + 11 km bieg + 1 km walk + ćwicz. na macie

wt. 12 km cross easy + siłka outdoor

śr. 5 km walk+srt. (technika+med.) + 4 km walk + siłka indoor – 5 km BNP na bieżni mech. + 4 km walk

czw. 4 km walk + 10 km BNP na b.m. + siłka + 4 km walk + solanka

pt. 5 km walk + srt. (technika+med.) + 4 km walk + 10 km BNP + 4 km walk

so. 4 km walk + siłka: bm: 2km+2+4x600m+3x500m+3x400m (w jakichś tam kosmicznych prędkościach) + 4 km walk + solanka

nd. 19 km bieg + 4 km walk + siłka + 4 km walk


Tydzień 18.-24.02.2019

pon. – 10 km biegu regeneracyjnego

wt. – 15 km biegu po lesie + 4 km walk + 1h siłka + 4 km walk

śr. – 12 km cross b. wolny w tym 4 przebieżki po plaży +  siłka outdoor + solanka

czw. wolne – powrócił ostry kaszel na jeden dzień, pewnie po tych przebieżkach bez butów po mokrym nieco i zimnym piasku…

pt. – 14 km cross

so. – 10 km biegu b. wolnego (właściwie nie miałam siły biec, ale potrzebowałam dotlenienia a nie miałam czasu aby spacerować)

nd. – 25 km cross po lesie 🙂 i ćwiczenia na macie


*”A jednym z rezultatów biegania trochę dalej niż zwykle jest to, że staję się o ten nadliczbowy kawałek silniejszy.”

H. Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Przeł. J. Polak

„To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów”*

Wpis, który ku zdziwieniu wielu nie nawiązuje do Muminków piszę w trudnym momencie. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale generalnie w życiu tak jest, że mamy momenty o różnych stopniach trudności. Pisanie mnie uspokaja, jest niczym cudowny lek na każą chorobę.

Właśnie kończy się moja grypa, właściwie co miesiąc jestem chora, co niszczy moje przygotowania. Chyba stres źle wpływa na mój układ odpornościowy.

Jeszcze na początku zeszłego tygodnia wykonałam bardzo mocne treningi, licząc trening uzupełniający, to nawet 3 dziennie 5-6 godzin męczarni poszło w las.

Natomiast zmiana lektury spowodowana jest faktem, iż kończą mi się dobre cytaty z Muminków, oraz tym, że w tym roku skończę 33 lata, jak to określa Murakami „ten wiek to być może życiowe rozstaje.” Póki co straciłam tylko wiarę w ludzi, w uczciwość i przyzwoitość jako taką, szkoda, że zajęło mi to tak długo.

Pisałam niedawno na jednym z blogów, że wiele mnie łączy z Murakamim. Faktycznie tak jest, że lubimy pisać, biegać i słuchać jazzu. Ale więcej nas dzieli. Mam tu na myśli choćby samo myślenie o samotności. Nie tylko on, ale i wiele osób pisze o czymś takim jak samotność długodystansowca, czy pisarza. Uważam, że jest spora różnica między tym, że ktoś wychodzi sam pobiegać, tudzież zamyka się na kilka godzin aby napisać coś w spokoju a tym, że ktoś wychodzi pobiegać sam, bo nie ma innego wyboru, żeby nie zwariować. I tym, że ktoś pisze, bo nie ma co zrobić z tym co ma do powiedzenia, że nie ma kto go wysłuchać i do kogo się odezwać. To te czynniki uczyniły mnie tym kim jestem, i nie był to wybór.

*”Emocjonalne rany są ceną, którą się płaci za bycie niezależnym.”

(Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Z ang. przeł. Jędrzej Polak.)