„Nigdy nie jest się zupełnie wolnym, jeśli się kogoś za bardzo podziwia.”*

W czasach zamknięcia na uwagi i krytykę moje teksty nie są czymś mile widzianym, co tylko potwierdza ich prawdomówność. Tworzę je na bieżąco, nie zastanawiam się dniami, co tu napisać. To znaczy czasem się zastanawiam, ale jak jednocześnie nie piszę, to zazwyczaj już tego nie napiszę… bo później przychodzą nowe myśli, a jest ich wiele. Stąd też tak wiele literówek, o które w tej formie tak łatwo. Ostatnio czytałam kilka wpisów i dopiero zaczęłam coś-niecoś tam poprawiać. Nie jest to książka, dzieło literackie ani nawet jakieś pismo, nie oddaję też tego do skorygowania. W takiej formie, zostawiając tekst na czas, aż będzie mi się chciało do niego wrócić i poprawić, blog straciłby swoją wartość jaką jest świeżość.

Co prawda chcę dziś nawiązać do półmaratonu z 8 października, ale świeżość polega tu na tych przemyśleniach po czasie, bo tak wiele przecież się wydarzyło. Jak niektórzy wiedzą, poprawiłam rekord życiowy o 2 sekundy. To bardzo mało i jednocześnie dużo. Choć oczywiście trasa w Szamotułach była łatwiejsza niż ta w Poznaniu gdzie pobiegłam o dwie sekundy wolniej, bo nie było tak długich podbiegów, oprócz tego do mety. Oczywiście szkoda mi, że nie wyprzedziłam dwóch zawodniczek zaraz przede mną, bo zmieniałyśmy się na trasie, ale nie byłam jeszcze aż tak przygotowana aby odeprzeć ich atak w końcowej części biegu. Poza tym nie miałam odpowiednich butów, te są mi nieco za małe, a w sporym jak na październik słońcu zwyczajnie odparzyły mi podeszwę stopy, co dość dotkliwie czułam po 16. kilometrze.

Zeszły weekend wykorzystałam na kibicowanie maratończykom bo wiem jakie to miłe dla samych biegaczy. Chcąc nie chcąc, głównie skupiłam się na tym, że amatorzy (i amatorki :D) też powinni być poddawani kontroli dopingowej. Osobiście nie wierzę, że ktoś (tym bardziej przy stosunkowo niewielkiej masie mięśniowej) „na czysto” biega co miesiąc (albo i nawet częściej!) cały maraton w granicach rekordu życiowego. Jasne jest, że robi to dla nagród, które zgarnia, natomiast trzeba nie mieć pojęcia o sporcie, aby w to wierzyć.

Zresztą nawet nie zachwycam się ostatnio wyśrubowanymi światowymi rekordami czasowymi. Jak wiecie, po aferze Armstronga nie wierzę w takie siupy jak super sportowcy. Osobiście uważam, że każdy człowiek pod wieloma względami ma swoje granice, których ani sam nie może przekroczyć, ani inni za niego!!! Przypominam, że w przypadku Lance’a Armstronga, miał on ludzi, którzy nawet za niego sikali…

Oczywiste jest, że sami organizatorzy biegów napędzają doping, w wielu krajach są haczyki w regulaminach, że jak nie osiągnie się jakiegoś tam czasu to nagrody będą pomniejszone o 50%, lub nie zostaną wypłacone wcale. Mam wrażanie, że osoby, które to ustalają, w życiu niczego nie trenowały. Dziwię się też dziennikarzom. Ostatnio na jednym z bardziej znanych polskich portali przeczytałam, że zwyciężczyni Maratonu Warszawskiego z takim czasem miałaby złoto tegorocznych Mistrzostw Świata… No ludzie, tylko nieco inne warunki panowały wówczas w Warszawie niż w Doha… Biegnie się tak, jak na to pozwala trasa, warunki atmosferyczne, aktualna forma, no i jeszcze do tego dochodzi nieszczęsna dyspozycja dnia… Dlatego ta cała pisanina-gadanina wokół biegania, gadka-szmatka o czasach i rekordach, nie ma sensu. Słuchałam też wywiadu z jednym z czołowych maratończyków, który mówił, że „świat potrzebuje jego rekordu”. Elegancko przyznam, że jakoś obejdę się bez, tak jak miliony innych ludzi…

To nie czas, miejsce ani rekordy są ważne w bieganiu ale liczy się droga jaką przeszedłeś podczas przygotowań, to jak zmieniło cię to jako człowieka, na ile stałeś się bardziej ludzkim.

*”Wszystko trzeba odkryć samemu. I również przejść przez to zupełnie samemu.”

T. Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków oraz tejże, Zima Muminków.

„Kocham granice. Sierpień jest granicą między latem a jesienią; to najpiękniejszy miesiąc, jaki znam.”*

Po dłuższej przerwie chciałabym zamieścić wpis podsumowujący moje starty w sezonie letnim. Nie było ich dużo, bo raptem trzy, po wiosennym półmaratonie. Ponieważ emocje już nieco opadły, skupię się głównie na organizacji.

Pierwszy start to bardzo średnie wykonanie dziesiątki, tradycyjnie już w Swarzędzu, jednak w ogromnym upale. Przyznam, że zapisując się, nie zauważyłam godziny startu, który przypadł na 11… Organizując bieg w czerwcu, nie jest to rozsądne rozwiązanie. Do ostatniej chwili chowałam się pod jakimś drzewem i polewałam wodą. Na pierwszą piątkę starczyło, później już upał zaczął mi doskwierać. Wzięłam też te waflowe buty z półmaratonu, które były super w wilgotnych warunkach, natomiast tutaj stopy mi się zagotowały. W  dodatku po raz pierwszy i ostatni wzięłam inne skarpetki niż CEPy… (Fatalna nazwa, ale jakościowo póki co uważam je za najlepsze –  P.S. nie zapłacili mi za reklamę ani nie przesłali za darmo skarpetek, a szkoda, bo kosztują 200 zł).

Ponieważ czułam, że forma idzie w górę, postanowiłam sprawdzić się na dystansie maratońskim. Taki znalazłam najbliżej w Szczecinie. Wydawało mi się, że wszystko mam dopracowane, oprócz jednego, nie znałam trasy. Organizatorzy mieli spore problemy z tym punktem ale cały hejt w sieci skierowany w ich stronę uważam za niesłuszny. To nie ich wina, że nie dostali pozwolenia od miasta na przeprowadzenie biegu po asfalcie. Jedynie pierwsze może 15 km z pobliskich Polic po nim prowadziło, później ścieżka rowerowa, która niestety ale była tak naprawdę chodnikiem… więc mimo, że prowadziła z górki, moje buty (tym razem wzięłam najbardziej przewiewne jakie miałam, aczkolwiek mało startowe) zwyczajnie się ślizgały, bo było na nim dużo piachu. Około dwudziestego któregoś kilometra wbiegliśmy do lasu, i tam zaczęła się prawdziwa hopsasanka. Krążyliśmy tam do końca, zaczęliśmy się dublować, a ja nawet nie wiedziałam do ostatnich 100 metrów gdzie jest meta. 3 razy ktoś pokazał mi drogę, ze 20 razy pytałam się gdzie mam biec itd. Zegarek rozładował mi się na 32. kaemie, a tam kilometry były oznaczone jakoś co 5. Myślałam, że oszaleję, nerwy mi nieco puściły w końcówce, straciłam na to sporo siły. W każdym razie byłam 5. kobietą i stanęłam za pudłem, choć wolałabym na. Mimo wszystko uważam, że organizatorzy dali z siebie wszystko aby mimo trudności bieg jednak się odbył. Poza tym był super bufet na mecie, bo zamiast makaronu był ryż z gulaszem albo zupa, dzięki czemu wszystko bez lepku i mleka, o co gdzie indziej trudno i zazwyczaj wracam głodna. Poza tym duuużo owocków 🙂 Wiadomo wisienką na torcie byłaby kontrola antydopingowa… 

65860507_2349087025350545_7941073649002348544_n

Dziękuję za fotkę

Na koniec miałam nadzieję na superkompensację pomaratońską. Zaczęłam biegać bardzo dobrze drugie zakresy, nawet 15 kaemów. Po 4 tygodniach wybrałam się na 10,5 kaema do Chrzypska, jednak całkowicie poskładałam ten bieg. Już dawno nic tak źle nie biegłam. Nie wiem dlaczego, może za szybko ruszyłam, bo początek był z górki, a ja nie miałam zegarka (ładował się całą noc, a rano okazało się, że bateria jest pusta… Kupiłam go niecały rok temu, masakra). Oczywiście ten bieg też mógł się odbyć wcześniej, zaczynanie biegu w lipcu o 10-tej też nie jest najlepsze. Co mnie jednak poirytowało to fakt, że zapowiadano losowanie atrakcyjnych nagród, było ich naprawdę mnóstwo. Czekaliśmy na to 3h, a po kilkudziesięciu numerach spiker zaczął się nudzić i spieszyć, więc postanowił, że zamiast podchodzić po nagrody, zainteresowani mają przynieść nr startowe na scenę i tak będzie losował. Nic wcześniej nie wspomniał o takiej formie losowania, ani nie było do tego żadnego regulaminu. Miałam nr startowy w samochodzie, ponad kilometr od tej sceny. Mówię mu, że mam przy sobie potwierdzenie numeru tylko w smsie, który od nich dostałam oraz dowód osobisty. On natomiast postanowił kontynuować swój pomysł mając głęboko w czterech literach, że jest to nie w porządku wobec mnie. Ważne, że sam zgarnął kasę za gadanie do mikrofonu i reklamowanie swoich znajomych. Nawet napisałam do organizatora w tej sprawie ale jakoś nie pomyśleli aby przeprosić lub przyznać się do błędu, wręcz wykroczenia, bo kto organizuje loterię bez regulaminu? Ale to już ich problem i sponsorów, którzy się tam reklamowali. Na pewno tam już nigdy nie pojadę i wszyscy będą zadowoleni. Szkoda tylko, że wcześniej mi nie powiedzieli, że nie mam przyjeżdżać w tym roku.

Natomiast cieszę się, że w końcu jest sierpień, ten miesiąc zawsze przynosi mi nadzieję.

*”Zmierzch jest granicą między dniem i nocą, a brzeg jest granicą pomiędzy morzem a lądem. Granica jest tęsknotą: kiedy oboje są zakochani, ale wciąż nie wypowiedzieli ani słowa. Granicą jest bycie w drodze.” (T. Jansson)